niedziela, 16 lutego 2025

 


Krzysztof Maciejewski, Album, Seria City, Szczecin, Wydawnictwo Forma, 2013.


„Album” to zbiór opowiadań Krzysztofa Maciejewskiego, wydana z serii City wydawnictwa Forma. Opowiadań jest dwadzieścia cztery. Formalnie są to miniatury literackie, zajmujące co najwyżej dwie strony. Dwie, trzy sceny, prawie fotografia. Zanim przeleci ptak, zajdzie słońce, pstrykniesz człowieku, palcami - już przeczytałeś. Niepozorność, przystępność dla każdego.
Ale to tylko pozory. Krzysztof Maciejewski proponuje abyśmy weszli w świat fantastyki przesiąknięty grozą. Krajobrazy jakich nie znajdziemy w świecie nas otaczającym. Jednak nie jest powiedziane że takie mikroświaty nie są cennymi niuansami, oprawą naszej wyobrazni. Jest takie słowo, prześladujące mnie od wielu lat. Nie tylko dlatego że jest to nazwa czasopisma literackiego. „Akant”. Tłumaczy się to słowo jako „ozdoba”. I to słowo, a właściwie już pojęcie spotykamy w „Albumie” bardzo często, tak jakby Autor przez nie chciał zrekompensować Czytelnikom czytanie lektury grozy. To jakby tłem filmu w którym płynie krew po kamerze był szum potoku. Kontrast zapewniony. Podobna antynomia występuje w „Albumie”.

Wszystkie opowiadania z „Albumu” mają wspólną cechę. Na wstępie każdego opowiadania Autor pokazuje zwyczajny dzień zwyczajnego świata. Dopiero po tym jak czytelnik zadomowi się w tym świecie, Maciejewski rozszerza krąg zapatrzenia, pokazując że i w takim zwykłym krajobrazie wydarzeń, może wydarzyć się coś ponad nasze wyobrażenie. Jakowyś obcy świat, a jednak przenikający do naszego. Dający drastyczne momenty, taki a nie inny odbiór rzeczywistości. Poszedłbym dalej: Krzysztof Maciejewski dokonuje przeglądu systemu ludzkiej świadomości. Tak, Zygmunt Freud jest ojcem chrzestnym „Albumu” Krzysztofa Maciejewskiego. Stwarza to niesamowity nastrój, nastrój który spotykamy w powieści „Frankenstein” Mary Shelley.
Sam tytuł również ma podwójne znaczenie. Po pierwsze jest to zbiór połączonych ze sobą i oprawionych pustych kart (czasami zaopatrzonych w specjalne koszulki, narożniki itip.), mający formę książki, który służy do przechowywania fotografii, pocztówek, znaczków lub reprodukcji. W albumie, obok zdjęć, czasem znajdują się także ich opisy. I taką definicję można przyjąć dla książki Krzysztofa Maciejewskiego. Każde opowiadanie to taka fotografia, która pojawia się w naszych rękach, i znika, znika w albumie. Co zobaczymy, jak zinterpretujemy to co zobaczyliśmy, to już oddzielna historia. Historia którą możemy opowiedzieć już sami sobie. Autor daje czytelnikom wolne pole do popisu. Bardzo szerokie pole.
Jednak jest jeszcze jedno znaczenie tytułu – „Album”. Album jako przechowalnia gestów dnia, migów poranka, skłonów wieczorów, odruchów wiatru, skinień rzeczy. Z tych spraw, ledwo dostrzegalnych, życie nasze się składa. W literaturze nazywamy takie ruchy – tropami. Czytając „Album” trzeba pamiętać albo wręcz uświadomić to sobie, iż znajdziemy w tych opowieściach odniesienia do literatury, muzyki, religii, i wielu innych dziedzin kultury. Mamy zatem oprócz grozy, zabawę intelektualną. Takie potraktowanie opowiadań powoduje że są one kilkupiętrowe. Nie tylko pierwotny, instynktowny strach, ale również obudowa intelektualna tego strachu. Na każdym piętrze znajdziemy coś innego, odmiennego.
Wielość obrazów, które proponuje Krzysztof Maciejewski, jest dobitnym dowodem na to, że trzymamy w rękach znakomitą książkę, która może okazać się czymś w rodzaju przepowiedni Sybilii. Inaczej mówiąc: Autor ceniąc przeszłość i teraźniejszość, pozwala na myślenie o przyszłości. Więcej: przyszłość traktuje jako nieuniknione dobro/zło ( w zależności od okoliczności), pokazuje swoją wizję jutra. Jutra które za rogiem czyli bliżej niż nam się wydaje.

Język, który stosuje Krzysztof Maciejewski jest konkretny i jednocześnie wymagający. Konkretny, bo przekazuje konkretną opowieść. Wymagający, ponieważ opowieść jest zapisana na dużą orkiestrę symfoniczną. Zauważyłem poetyckie połączenia, akanty ubarwiające język przekazu. Jakieś dzwoneczki, jakoweś trójkąty. Chociaż to krótki koncert – stron sto dziesięć, to jednak jest to niezapomniana chwila w życiu czytelnika.
Książka nominowana przez niżej podpisanego do Książki Roku.

Ocena 6/6

piątek, 7 lutego 2025


Janusz Kostuch, Śmierć na żywo, WFW,
 2024 
Mężczyzna chce popełnić samobójstwo. W dość oryginalny sposób. Otóż samochód w którym siedzi ma pełnić rolę maszyny do powolnej eutanazji. Tak oto został nazwany samochód, pojazd mechaniczny używany na co dzień do spraw codziennych, życiowych, jeżeli mogę tak powiedzieć. W przypadku bohatera Janusza Kostucha samochód jest tym samym co pętla sznura dla Kuby z opowiadania Marka Hłaski. Ostatnią rzeczą którą doświadczamy przed śmiercią.
Bardzo dobry pomysł, na wstępie kilka punktów dla Autora. Tylko czym wypełnić opowieść? Bo tak naprawdę niewiele się dzieje. Tak wewnątrz samochodu, i jak na zewnątrz. Jeśli dobrze policzyłem na kartach powieści pojawia się sześć czy siedem postaci. 
Odgrywają one drugorzędną albo nawet trzeciorzędną rolę. Nie mają wpływu na ostateczną decyzję  głównego bohatera. W zasadzie nie wiadomo dlaczego chce popełnić samobójstwo-eutanazję. To drugi problem. Jak nazwać akt który chce popełnić. A może to wszystko jedno jak go nazwiemy. Efekt przecież ten sam. 
Bohater jest żonaty, lecz żona nie interesuje się losem męża. Podpowiedzmy: byłego męża. Niedawno odbył się przecież rozwód. W poprzednim akapicie napisałem że nie znany jest powód samobójstwa – eutanazji. Otóż wczytując się dokładnie w tekst „Śmierć na żywo” możemy jednak dojść do wniosku, że to właśnie rozwód był bezpośrednią przesłanką samobójstwa. A brak kontaktu ze strony żony, ma być karą? Kolejny temat do rozważań. 
A dzieci? Gdzie są dzieci bohatera i jego żony? Dlaczego widzimy wnuka, którego do szkoły odprowadza babcia, a nie rodzice? Który to już problem zauważony na kartach cieniutkiej ( 76 stron) książeczki? 
Jak już Czytelnik pewno się zorientował, każda śmierć to proces. To  nie krótkie zakończenie życia, to dopuszczenie do walki między chęcią istnienia a śmiercią, która żywcem rozrywa ciało i duszę na dwoje. A przy tym wszystkim jego wybór metody samobójstwa – powolny, na oczach ludzi, na oczach bliskich – to ostatnie rozpaczliwe błaganie o ratunek. 

Zaczynając ten felietonik, obawiałem się że temat powieści Janusza Kostucha zamknę w stu, może dwustu słowach. Podam treść, opowiem o formie, ocenię – i już. Lecz jak widzicie jest o czym pisać. I brawo, i bis. Janusz Kostuch bowiem podjął taki temat, choć trudny, to jednak nośny. Przedstawił go w sposób doskonały. Bazując na znanych już – i sprawdzonych, stereotypach. To nie przeszkadza w odbiorze. W sumie – człowiek żyje stereotypami i przez stereotypy. Janusz Kostuch pokazuje przerażającą moc tych stereotypów, w sieć których wpada bohater opowieści. 

Gdyby tytuł, sam tytuł decydował o roli książki na rynku wydawniczym, to   opowieść Janusza Kostucha nie miała by żadnych szans. Czytelnik omijałby z daleka. Aż strach pomyśleć ile egzemplarzy sprzedałby  pan Janusz, gdyby każdy potencjalny zdobywca „Śmierci na żywo” popatrzył tylko na tytuł. 
Piszę o tytule, ponieważ właśnie tytuł ma przyciągać czytelnika do książki. W przypadku opowieści Janusza Kostucha jest inaczej. Czy to dobrze dla samej treści „Śmierci na żywo”? Wydaje mi się że Autor chciał wywołać kontrowersje, już na samym wstępie, na okładce. Nie wiem czy to wpłynie na ilość sprzedanych egzemplarzy. 
Z pewnością warto przeczytać. Ominąwszy temat tytułu. Zastanowić się nad życiem, aby mieć  spokojną śmierć. 

Ocena 6/6

poniedziałek, 3 lutego 2025

 Paulina Klimańska-Nowak, "Kądziel", Moc Media, 2024






Tytuł jest bardzo ważny, najważniejszy. Dużo mówi, chociaż to tylko jedno słowo. „Kądziel”, trzeba skojarzyć z przędzeniem. To po pierwsze. Po drugie, tym na wpół przemysłowym, na wpół artystycznym zajęciem zajmowały się kobiety. Po trzecie, jest takie powiedzenie. „Po kądzieli”. Oznacza ono tyle co kobiecy, zniewieściały, pochodzący od matki.
Powieść „Kądziel” opowiada o czterech pokoleniach rodziny, a tak naprawdę o czterech kobietach reprezentujących ten ciąg przodków i potomków. Mężczyźni są tłem, drugoplanowymi bohaterami. Taki obrała punkt wyjściowy Paulina Klimańska- Nowak.

Lena, trzydziestoletnia mężatka, dowiaduje się że jest w ciąży. W porywie zmysłów pomyślała o rozwodzie. To dość dziwna decyzja, lecz powodowana historią z przeszłością. W jej rodzinie zagnieździła się tajemnica, co pobudza do intensywnego szukania tożsamości. Wracają lęk, ból i wątpliwości.
Śledzimy losy matki, babki , prababki, i samej Leny. Być może na początku powieści Czytelnik będzie zdezorientowany kto jest kim w powieści, lecz wystarczy połączyć trzy nici i zbudować z nich kontakt międzypokoleniowy. Jednak to niełatwa praca, praca z kobietami które nie chcą, nie potrafią albo zwyczajnie mają obawy, obawy przed jutrem.
Bo tak naprawdę w rodzinie Leny to kobiety rządziły i dzieliły. Niejednokrotnie w sposób okrutny, łamiąc dziecku psychikę. Apodyktyczne, mające jeden cel przed sobą: pokazać że to one mają rację. Bez względu na konsekwencje.

„Kądziel” Pauliny Klimańskiej – Nowak to debiut młodej Pisarki. Piszę to aby podkreślić ów fakt. Czytając powieść nie miałem tego wrażenia. Bardzo dojrzała, pełna empatii i zrozumienia dla bohaterek powieści. To tak, jakby pani Paulina stawała się każdą z nich: babką, matką, córką. Czyżby znała realnie te kobiety, i ich historie? To nie jest wykluczone. A jeśli są wytworem wyobrazni, muszę pogratulować podwójnie. Za wykreowanie postaci, i logiczne poprowadzenie akcji. Gdzie nie ma pustych miejsc, gdzie wszystko łączy się ze wszystkim. Gdzie w warstwie dialogów widać dokładnie zróżnicowanie języka bohaterek. W tym elemencie widać kunszt pióra Klimańskiej – Nowak.

Wspomnienia. Zapadałem się pod ich ciężarem. Powoli znikałem jak drobinka kurzu porwana przez wiatr. Stałem się częścią tych wspomnień, mrokiem, przez który powoli się rozsypywałem. Pod wpływem czytanych zdań ogarnęło mnie przedziwne pragnienie wymazania siebie i stworzenie się na nowo. Przestrzeń pomiędzy czytanymi wersami wypełniały niewypowiedziane lęki, winy, rozgoryczenie, smutek, ból i niezrozumienie. I te myśli wywołane historiami bohaterek - pragnienie usunięcia większości wspomnień, pozwolić sobie zacząć od początku jako nowy ja. Albo odkrywanie bolesnej pustki w sobie.

Książkę otrzymałem od Autorki

Ewa Szumowska , "Jaspijska Wola", Księgarnia Akademicka, Kraków, 2014 Nie tak dawno przedstawiałem, przy okazji wydania „Listy życ...