niedziela, 27 października 2024

 Mag Egnever, Paradygmat zbrodni, WFW, 2023

Mówi się, i to nie bez powodu, że w literaturze wszystko już było. Autorzy powieści, które powstają teraz i powstawać będą w niedalekiej i dalszej przyszłości, sięgają po znane od dawien dawna tropy literackie. Trop zbrodni nie wymyślił Dostojewski, a już został zapisany w Biblii. Trop podróżowania nie jest wynalazkiem Olgi Tokarczuk, która ten wątek uwypukliła w „Biegunach”, ale widzimy go w „Odysei” Homera. W „Kamieniach na szaniec” Aleksandra Kamińskiego lub w „Kolumbach” Romana Bratnego widzimy wątek – trop matki szukającej swych dzieci. Dzieci te najprawdopodobniej (za)ginęły. Piękny, tragiczny ślad, ale znany przecież z literatury. Taki sam motyw czytamy w micie o Demeter i Niobe.

Mógłbym przytaczać i przytaczać tropy – pomysły, którymi obdarzają powieściopisarze czytelników, śląc do ich rąk utwory literackie, lecz nie o to w tym artykule chodzi. Mam przed sobą powieść, która jakby idzie pod prąd. W literaturze wszystko już było, powtórzmy jak za Panią Matką. Lecz sięgając po „Paradygmat zła” powinniście być przygotowani na wszystko.

Autorka „Paradygmatu zła”, polska pisarka, ukrywająca się pod pseudonimem Mag Egnever, zastosowała niebanalny pomysł, aby uwiarygodnić treść swojej powieści. Pod sam koniec powieści Egnever daje pstryczka w nos czytelnikom. Nie tego się spodziewaliście, prawda? Znam ludzi którzy – z szorstką niecierpliwością, nie dokończywszy powieści, kartkują książkę, aby odnaleźć nazwisko mordercy.
Zanim jednak uczynicie ten niecny krok, posłuchajcie kilku słów o samej powieści. Popełniono osiem zbrodni. Mają podobny charakter, lecz zdarzyły się w ośmiu różnych miejscach globu ziemskiego. Lokalne służby porządku, nie wiedząc o tym „zbiegu okoliczności”, przystępują do śledztwa. Dopiero po jakimś czasie, po czyimś telefonie, uwzględniając pewne okoliczności – zaczęto powiązywać, związywać, podwiązywać fakty, ludzi, aż w końcu – wątki. Stworzono globalną przestrzeń, w której zaczęto rozwiązywać zagadkę kryminalną. Z niemałym trudem. Gdy już dochodzimy do pointy, okazuje się że pani Mag ma dla nas niespodziankę. Niespodziankę, o której już powiedziałem. Ale tak nie do końca powiedziałem, przecież to kryminał. Nie wolno zdradzać zakończenia.

Bardzo to dobra pozycja do czytania. Do wypełnienia jednego, dwóch wieczorów. Akcja szybko toczy się, zatem czytelnik powinien tak samo szybko czytać powieść. Jest ona dość brutalna, miejscami wręcz ocierająca się o złamanie dobrego smaku. Również w warstwie dialogowej. Jednak trzeba „wybaczyć” Autorce ten rozmach potworności. To taka książka. Taki klimat. Połączenie Stephena Kinga z Thomasem Harrisem. Brutalność tego drugiego w osobie Hanibala Lectera, a jednocześnie mroczność i niejednoznaczność tego pierwszego. Nie wyobrażam sobie aby policjanci i przestępcy, w jakiejkolwiek powieści, mówili językiem ugładzonym jak świeżo ostrzyżone włosy. Po prostu trzeba się przygotować na jazdę bez trzymanki.

Mówi się że debiut książkowy ma wady … debiutu książkowego. Każdy pisarz je ma . A to za szybko rozwiązana akcja, a to złe dialogi. Papierowi bohaterowie. I inne tego typu wady. Ale ja ich nie widzę. Może są, a ja mam klapki na oczach? Nieważne. Naprawdę. Bo oto Mag Egnever daje nam czytelnikom coś czego, jeśli w ogóle, to z pewnością dawno nie było. Ten trop literacki, który zastosowała Autorka, pachnie świeżością. Tylko jak go nazwać? Wiem jak nazwać, ale gdybym napisał, odkryłbym wszystkie karty. Powiedziałbym kto stoi za wszystkimi morderstwami. Agatha Christie, Artur Conan Doyle, a może wreszcie E.A.Poe? Bo w opowieściach tych trojga należy szukać. A zatem, moi mili, do książki!


Za egzemplarz dziękuję Autorce 


niedziela, 20 października 2024

 Małgorzata Szepelak, Kołowrotek, Podkarpacki Instytut  Książki i Marketingu, 2022



Małgorzata Szepelak niedawno zaprosiła mnie do czytania drugiego tomiku poezji, który zatytułowała „Kołowrotek”. Jak może pamiętacie debiut literacki młodej poetki, bardzo mi się spodobał. To jest swoista kompilacja poezji z prozą życia. Jeśli kto nie wie w czym rzecz, zapraszam do recenzji „Kufra cedru pełnego”.

W „Kołowrotku” mamy zupełnie inną sytuację niż w „Kufrze …” - nie ma bezpośrednich odniesień do prozy życia, do tego dzienniczka Małgosi, o którym tak dużo opowiedziałem w poprzedniej recenzji. Oczywiście Autorka pisząc wiersze czerpie z życia, jest to nieuniknione, lecz nie wskazuje już tak jednoznacznie sytuacji które zainspirowały ją do napisania tego czy innego wiersza.
Lecz tematy wierszy w „Kołowrotku” są wybitnie podobne do tych z „Kufra”. Owszem – inaczej je przedstawia Małgosia. Między polami i łąkami obserwujemy zające i sarny oraz inne przejawy życia. Jak na kołowrotku nić snuje się, wielowarstwowo i wieloznacznie. Miłość idzie po śladach nadziei, ale samotność jest jednak błogosławiona. Nadzieja zawsze jest, tylko trzeba ją dostrzec, nazwać.
W jednym z wierszy Gosia pisze:




zamieniam
zimno na ciepło
noc na dzień
łzę z policzka
na jasne oczy spojrzenie


i jest to jej definicja szczęścia. Tylko trzeba dodać wiarę, spełnione sprawy dnia codziennego. A przecież wystarczy przyjrzeć się wierszom ( przeczytać je między wierszami) aby zrozumieć że Autorka jest osobą wierzącą. Wplata w strofy słowa modlitwy lub wręcz je modeluje poetycko. Lecz to nie zabawa w rebusy czy inne łamigłówki słowne, to prawdziwy akt strzelisty kierowany do Boga.


Małgosia pisze w jednym z utworów, że nie zaśnie, dopóki nie napisze wiersza. Podobny temat pojawia się w „Kufrze”. Poetka najwidoczniej jest wierna swojej idei życiowej. Przede wszystkim twórczość. Gdziekolwiek się znajdujemy: czy to na łące czy w domu o piątej rano gdy mruczy kot. Małgosia jest młodą poetką – i wiekiem, i stażem, zatem można zrozumieć zapał Autorki „Kołowrotku”. Zmieniać świat słowem, słowem niebanalnym i twórczym co najważniejsze.


Poetka używa bowiem niestandaryzowanych metafor, które znamy już z poprzedniego tomiku poezji. Takich pełnych zakrętów, zatrzymań i eksponowania liczmanu, który nie jest tak banalny jak się może wydawać za pierwszym razem.
To dobrze, trzeba i należy budować nowe mosty słów, wypełnione dotąd nieznaną materią. Aż tak moja wyobraźnia działała, gdy czytałem wiersze Małgorzaty Szapelak, że kilka obrazów stworzyłem. Bywa przecież tak, że wiersze tworzą się poprzez inne utwory.


Zatem – dziękuję Ci, Gosiu za ten Twój przepiękny świat – powiewny jak seksi sukienka, a zarazem głęboko osadzony w realności Twego świata.

czwartek, 17 października 2024

 Mirella Waleczek, "Siedem kobiet", tłumaczenie z niemieckiego Monika Twardoń, Biblioteka Śląska, 2024




Zbiór opowiadań „Siedem kobiet” Mirelli Waleczek to lektura nie pozwalająca spokojnie spać. A jednocześnie Czytelnik nie może się oderwać od niej. Jest to uczucie schizofreniczne, bardzo często występujące, gdy sięgam po nowy tytuł. Nie znając Autora, zawierzam notce Wydawcy zapisanej na trzeciej stronie okładki.

Niestety dla mnie, dla mijającego czasu, zbyt często natykam się na „niewypały”, książki o których pisze się dobrze, nawet bardzo dobrze, a jednak nie są warte przeczytania. Z „Siedmioma kobietami” jest inaczej. To strzał w dziesiątkę.

Każda z opowieści nosi tytuł będący jednocześnie imieniem kobiety. Historie siedmiu Ślązaczek są podane bez żadnych upiększeń, bez grubych i ciemnych zasłon w oknach. Skomplikowane doświadczenia bohaterek, zwłaszcza ze względu na położenie geopolityczne Śląska, stanowią kanwę tych opowiadań. Pokazujących w skrócie osiemdziesiąt lat życia na tej trudnej z wielu przyczyn, ziemi.

Napisałem: „w skrócie”, ponieważ to zaledwie kilka z wielu opowieści, które mogłyby być napisane. Jednak i z tych „skąpych” informacji które podaje Waleczek możemy wiele wyczytać, dużo dowiedzieć się o życiu kobiet na Śląsku. Gwałt, samobójstwo, upokorzenia, bicie, przemoc finansowa. To nie jest raport policji z patologicznego osiedla. To są główne tematy, wątki poruszane w „Siedmiu kobietach” Mirelli Waleczek. Autorka stawia kawę na ławę, buduje obrazy z otaczającej rzeczywistości. Jednak nie epatuje złem, skrywa go między wersami, trzeba go się domyślić. Można nawet śmiało powiedzieć, że są to historie napisane delikatnym, wręcz subtelnym, kobiecym językiem. Jak to się Autorce udało, najlepiej przekonać się samemu.

Na marginesie powiem, że świat śląskich filmów Kazimierza Kutza nie ma nic wspólnego z tym oto światem, o którym mówię w tej recenzji. Bardzo ciekawy reżyser przedstawia Śląsk jako pole batalii o tożsamość narodową. Mirella Waleczek zaś obnaża ( w przenośni i dosłownie) skromne i jednocześnie swoiste życie. Może nie do końca przemyślane, zadbane, ale trzeba przyznać że te kobiety są charakterne, mają w sobie dużo dumy i przekonania o słuszności własnych racji.

Czas je przedstawić. Pierwsza ma na imię Marta. Daleka dla otoczenia i wciąż swój „wzrok kierowała do wnętrza”. Stawiała czoła cierpieniom. Kiedy chciała była twarda, a kiedy mogła była miękka. Racjonalna i wyczuwająca przyrodę oraz myśli innych. Oplata ją realizm magicznym.

Druga dziewczyna to Tila. Charakter trudny do rozgryzienia. Zachowuje się jakby cierpiała na chorobę dwubiegunową. Nie wie czego chce? W tle, ale bardzo wyraźnym, widzimy jej ojca.

Historia trzeciej, Fridy, charakteryzuje ból. Ból, którego nie chciała przerwać. Niszczył ją i jej dzieci. Powodował, że czuła się nikim w swoich oczach. Rodził się we mnie bunt i niezrozumienie, ale ileż dookoła dzisiaj jest kobiet, które są zakładnikami bólu Fridy.


Nie wiemy jak by się potoczyły losy siedmiu kobiet o których pisze Waleczek, gdyby nie urodziły się na Śląsku. Podobno jest to kraina tak odległa od reszty Polski, że trudno zrozumieć że leży w jej granicach. Bo tak naprawdę każdy medal ma dwa oblicze, dwie strony. Co może być błogosławieństwem, to jednak może stać się przekleństwem. Bardzo długo toczy się dyskusja o Śląsk, śląskość. Dwadzieścia, a nawet może trzydzieści lat. Niedawno rozbrzmiewały głosy poparcia o naukę języka śląskiego w szkołach. I właściwie nic z tego nie wynikło.

Zbiór opowiadań „Siedem kobiet” ma prawo być kolejną cegiełką do budowy tego gmachu, któremu na imię Śląsk. Może tym razem, słowem pisanym …


Ocena 6/6




niedziela, 13 października 2024

Małgorzata Szepelak, Kuferek pełen cedru", Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu, 2019



Obłożony jestem wierszami z tomiku „Kufer pełen cedru” Małgorzaty Szepelak. Jest to nietypowy tomik wierszy, bardzo oryginalnie skomponowany. Otóż obok wierszy czytamy fragmenty pamiętnika Autorki. Jak sama wyjaśnia w jednym z wywiadów, Autorka wkłada do kufra ( patrz: tytuł!) te rzeczy które są istotne w każdej chwili. W każdej chwili można je wyjąc, i odczytać na nowo.

Ta przeplatanka wiersz – proza życia jest w swojej prostocie fenomenalnym posunięciem. Już na pierwszy rzut oka widać że teksty dopełniają się. Współpracują ze sobą. Albo poezja komentuje prozę, albo proza uzupełnia poezję – to dla mnie, czytelnika nie ma zbyt dużego znaczenia. Czytam oba teksty ( światy) jako całość. Całość specyficzna.
Bo oto świat rzeczywisty jest nader niepoetyczny, jeżeli można użyć tego sformułowania. Gosia pracuje, jakby tu powiedzieć, w specyficznym miejscu. Małgosia działała w branży w florystycznej, tak nazywa się dział w którym Małgosia od bladego świtu jest aktywna zawodowo. Nie jest to zajęcie zbyt łatwe i przyjemne ( pomimo skojarzeń), co możemy przekonać się czytając dzienniczek Autorki.
Z drugiej strony zanurzamy się w świat poezji. Tym różni się ta część tomiku od dzienniczka, że Poetka pozwala sobie na nieoczywiste skojarzenia, być może dla niektórych Czytelników wręcz dziwne. „Zamrożona cząstka wielkiego marzenia” czy „utulona w bóle głowy” to przykłady takich ekstrawaganckich metafor. A przecież w lirykach poruszane są te same tematy które znamy z dzienniczka. Nie można napisać prościej, bez tych ozdobników, akantów? Bez nieprzewidzianych porównań, za to z suchą wymianą zdań. Otóż nie.
Dzięki właśnie takiemu skojarzeniu codzienności z poezją widzimy dokładniej jak ta ostatnia jest nam potrzebna. Gdyby nie poezja – zostalibyśmy ogołoceni. Ogołoceni z piękna wypowiedzi. Wypowiedzi z pasją. Widać przecież to wyraźnie: Małgorzata Szepelak kocha pisać wiersze. Wiersze niejednoznaczne, pozbawione sztampy. Mające w sobie ładunek energetyczny synchronizowany z codziennością wydarzeń. Ulotne jak sukienka na wietrze, jednocześnie zapadające głęboko w pamięć. Mające powidok młodości, słoneczności. Są dotykiem masażu słownego, a kiedy szum miasta zstępuje pod beton – Poetka delikatnie stąpa ścieżką dźwiękową do snu.


To debiut Poetki. Bardzo atrakcyjny pod względem formy i treści. Widać że Gosia nie jest nikim przypadkowym w kręgu poetów. Ma coś konkretnego do powiedzenia. Coś świeżego i konkretnego . O sobie i jej świecie. A ten świat zawarty jest między trzepotem powiek a pytaniami retorycznymi. Wszystko w nim możliwe.

środa, 9 października 2024

 Maciej Blacha, A poezja nas uniesie, WFW, 2024




Słońce wschodzi, unosi się nad horyzont. Wstaje nowy dzień. Podobno to właśnie w takich chwilach rodzą się anioły. Taki mały cud tworzenia.

Pisanie wierszy to jest również taki mały fenomen. Zrozumieć życie, niejednokrotnie skostniałe, zamglone – gdy światło latarni morskich jest uwięzione wśród ostrych skał.

Tak bywa, że morze podobne jest życiu ludzkiemu. Nikt nie wie gdzie się kończy, a połyskuje żalami i tęsknotami. Wypełnia twoje oczy i szumi niezrozumiałymi dla większości ludzi słowami.

Bo tylko poeta zastanawia się nad istnieniem czy nieistnieniem siebie. Dla przeciętnego zjadacza chleba istnieje lustro, w którym odbicie ciała jest informacją o bytności na tym padole łez i wiecznych pytań. Poeta wymaga czegoś większego, czegoś bardziej natchnionego. Lustro jest tak banalne, że aż boli to życie, ten trywializm. Poeta jest rozdarty, przecież tylko bywa od czasu do czasu sobą. A tak naprawdę jest człowiekiem. Tylko, aż – zależy od odbiorców, czytelników.

Morze wciąż woła, wręcz krzyczy. Poeta wyławia szum, to coś czego nam, maluczkim, brakuje. Coś o co można się potknąć, a jednocześnie coś od czego można się odbić. Wszystko podlega dyskusji. Człowiek ma skłonności, jest zapalczywy w nienawiści, a boi się miłości. Zdradza, i nie jest mu przykro. Nie docenia drugiego człowieka, boli go brak egoizmu.

Osiada na mieliźnie. Przyjaciele rozeszli się po świecie, i brakuje miłości bliźniego. Bo można oszukiwać samego siebie, robić notatki na marginesach życia. Jednocześnie któryś z dawnych przyjaciół umiera, i nie możesz go przytulić. Lecz może się wydarzyć gorsza rzecz. Spotkanie po latach okaże się pustym wspomnieniem ciekawej, żywej relacji.

Zapatrzysz się na białe żaglówki chmur, rozmyślasz o tych i innych prawdach, które nosisz w sobie. O pogorzelisku, które było kiedyś domem. O kamieniu na którym zostało wyryte czyjeś, już zapomniane, imię? Ten człowiek już nie wróci. Lecz nie dlatego że nie może. On już nie chce. Nie wszystko jest stałym porządkiem świata.

Słońce zachodzi. Zabiera ze sobą tajemnice dnia: ciepło, światło, oczy do patrzenia. Barwy nieba stają się coraz bardziej matowe. To czas na odpoczynek. Na przemyślenia o życiu.


Maciej Blacha wydał w tym roku tomik wierszy pod tytułem „A poezja nas uniesie” w wydawnictwie WFW. Jest to wydawnictwo niszowe, mające ambicje wydawania nieznanych dotąd poetów i prozaików. Takim debiutantem jest właśnie Maciej Blacha.

Szczerze powiedziawszy nie odczułem pełnej satysfakcji czytając „A poezja nas uniesie”. Czegoś brakuje, a czegoś tu za dużo. Za dużo słów, esencja wierszy zbyt gęsta. Wiele by te wiersze zyskały, gdyby wykreślić na zawsze jedną trzecią z każdego utworu. Poezja karmi się obrazami i trafnymi skojarzeniami. A w wierszach Macieja Blacha ani jednego, ani drugiego. No, może zalążek skojarzeń, ale tylko takie małe nasionko widać. Posługuje się pan Maciej liczmanami, znanymi od lat, i używanymi raczej w prozie, niż w liryce. Trzeba się zdecydować, niektóre tematy nie są dobrze widziane w poezji.

Staram się zrozumieć sens wydania niniejszego tomiku wierszy. Blacha mówi o poważnych sprawach, jak miłość, śmierć, rozstania, zdrada. Widać że Poeta niejednokrotnie cierpiał, jest zapewne wrażliwym człowiekiem. Mówię to po to, by Czytelnik zrozumiał, że Maciej Blacha nie pisze wierszy z przymusu. Tacy też się zdarzają. Nie, pan Blacha aż takim desperatem nie jest.


Ocena 3/6

niedziela, 6 października 2024

pierwsze polskie wydanie powieści znakomitego Noblisty z 1978 roku

 Izaak Baszewisz Singer, Odwiedziny, tłumaczenie Krzysztof Modelski, Wydawnictwo Fame Art, 2023 






To nowa książka Izaaka Baszewisa Singera na polskim rynku wydawniczym, lecz nie w twórczości znakomitego amerykańskiego pisarza żydowskiego pochodzenia, ale urodzonego w Polsce. Singer napisał ją w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku,  a przecież Autor nie żyje już bez mała trzydzieści lat.  Można zatem ( pół żartem, pół serio) powiedzieć że tłumaczenie tej powieści jest pogrobowe. Myślę, że to praca nader ważna i kłopotliwa zarazem. Toż Singer nie może jej ocenić, ale jego czytelnicy mają jeszcze jedną szansę przebywania z wielką literaturą zdobywcy Nagrody Nobla z roku 1978.  

„Odwiedziny” to kolejny powrót Izaaka do przedwojennej Warszawy, do lat jego młodości. Tym razem do światka przestępczego. Maks i Flora są właścicielami fabryki torebek damskich w Buenos Aires, a tak naprawdę zajmują się handlem żywym towarem. Przyjeżdżają do Warszawy, aby zwerbować „panienki” do domów publicznych. Nostalgiczna podróż do miasta młodości, jest pierwszym krokiem ku przepaści. 

Maks i Flora odwiedzają starych znajomych,  Leę i Mayera. Między czworgiem znajomych tworzy się pewnego rodzaju więź. Kto zna sztukę teatralną Gabrieli Zapolskiej „Skiz”, ten już się domyśli o jaką bliskość chodzi. Jeśli to za  mało podpowiedzi  dla czytelnika, mogę dodać że ze zdziwieniem stwierdziłem że to właśnie Singer -  tak mi się wydaje, odkrył dla współczesnej literatury,   zjawisko znane pod nazwą otwarte małżeństwo. W omawianej powieści „Odwiedziny” widzimy pierwociny  tej aktywności społecznej. 

Na kartach powieści pojawia się również postać o imieniu Szosza, młoda, zagubiona, infantylna chociaż zarazem urocza dziewczyna. Dla znawców twórczości Singera to imię nie jest obce. Przypomnimy zatem że Izaak Baszewis napisał prozę pod tytułem … „Szosza”. Szosza jest hebrajską wersją imienia Zuzanna. Szosza ( ta z powieści o tym tytule) to dziewczyna, prawie dziecko,  z bogatym życiem wewnętrznym. Istota niezwykle wrażliwa, umiejąca kochać całym sercem i całą duszą swoją. Istnieje legenda mówiąca  o znajomości Singera z dziewczyną o tym dość zaskakującym imieniu, a powieść jest wspomnieniem pierwszej miłości Pisarza. Przyjmijmy że w tej legendzie jest dziewięćdziesiąt procent prawdy, poza tym można tę opowieść przeczytać w bardzo poważnych publikacjach. 

Czy po raz drugi Izaak Baszewis Singer sięga po motyw pierwszego zauroczenia? Nie, tym razem nie. To raczej fantazje starzejącego się mężczyzny.  Tym mężczyzną stanie się Maks, a Szosa córką przyjaciela z dawnych lat. 

 Jeśli Vladimir Nabokov wprowadził do światowej literatury analizę psychofizyczną fascynacji erotycznej powstałą między dojrzałym  kochankiem a młodziutką kobietą, to Singer nie przejmował się  psychoanalizą fruedowską. Po prostu  zapisał  zastaną sytuację jeden do jednego. 

To jest tak, że są chwile, gdzie nikt nie dziwi się toczącym się zdarzeniom. Maks, łącząc swoje życie z Szoszą,  zaplątał się w sieć kłamstw i niedopowiedzeń, że naprawdę trzeba nie mieć wyobrazni aby nie odgadnąć finału opowieści. 

Wątkiem oplatającym historie miłosne jest temat sensacyjny. Głównym bohaterem tego wątku jest również Maks. ( Bogiem a prawdą Maks jest głównym bohaterem całej powieści) Trochę tu klimatu z życia Szpicbródki, Taty Tasiemki czy Urke – Nachalnika, a trochę z przedwojennych  wielobarwnych  rewii. Świat zasymilowanych  żydów przeplata się z krainą pecyn gojów z  przedmieść Warszawy. Przemyślenia Maksa i innych bohaterów są jakby wzięte wprost z Tory, skażonej jednakże pomysłami urodzonymi w grzesznym sercu i grzesznej głowie człowieka. Inaczej mówiąc: przedwojenna Warszawa oczyma Singera jawi się jako lupanar różności. Lecz przeważają te złe, obrzydliwe strony ludzkiego życia.

Być może nie jest to najlepsza Jego powieść, ale warto przeczytać, aby zrozumieć do końca Izaaka Bashewisza Singera. Zwróciłbym uwagę szczególnie na wątek kryminalny, rzadko występujący w twórczości amerykańskiego pisarza urodzonego w Polsce, w żydowskiej rodzinie rabina z Leoncina. Warto przyjrzeć się jak człowiek w wychowany na Talmudzie, ale również i w tyglu amerykańskiego Manhattanu, patrzy z perspektywy czasu na ten świat warszawskich zbrodniczych przedmieść. Mówi się, raczej nie bez powodu, że dzieciństwo i młodość kształtują charakter człowieka. 


Książkę przeczytałem dzięki współpracy ze Sztukaterem 


środa, 2 października 2024

 Jadwiga Malina, "Przysłona", Cyranka, Warszawa, 2024





Fotografia. Ta jedna fotografia. Gdyby jej nie było, Jadwiga Malina nie napisałaby swej debiutanckiej powieści, której tytuł sugeruje aparat fotograficzny. Przysłona to część obiektywu odpowiadająca za przesyłanie odpowiedniej ilości światła na kliszę fotograficzną. Dzięki przysłonie możemy wpływać na głębię obrazu. Głębia obrazu wspomnień w powieści Jadwigi Maliny nie jest zbytnio naświetlona. Kto jest na tej fotografii? Ta osoba, o której myślimy że to ta? A może jednak ktoś zupełnie inny, ktoś tylko podobny do tamtej?


Obrazy utkane z niedomówień, mgły i pytań, które nigdy tak naprawdę nie zostaną wypowiedziane. Zaczarowanie delikatnością, niewielkością, subtelnością zminiaturyzowanych zdań. Takich jakie zastosował Miron Białoszewski w „Pamiętniku z Powstania Warszawskiego”, choć w zupełnie innym celu niż Jadwiga Malina. Białoszewski chciał pokazać bezmiar wojny, zaś Malina przedstawia kameralną opowieść o wydarzeniu z przeszłości, które nie daje spokojnie zasnąć.

Emilia, główna bohaterka powieści jest opiekunką starszej damy, mieszkającej w Paryżu. Młoda Polka przypadkowo odkrywa zdjęcie, które może mieć związek z jej rodzinną wsią. Zawozi to zdjęcie do Polski. Jej babka aż o mało zawału serca nie dostała, gdy zobaczyła to zdjęcie. Tę kobietę na zdjęciu. Jest do kogoś podobna, może to ta osoba, o której myślimy że to ta? Zaczynają się poszukiwania, domniemywania, emocjonalne rozmowy, rozgrzebywanie przeszłości.

Nasze małe krainy, nasze małe poletka. Czytając „Przysłonę” Jadwigi Maliny mamy wrażenie że otaczają nas właśnie takie mikroświaty, takie mikroorganizmy. Być może jest gdzieś Wielka Historia, która zaplącze się wokół naszej opowieści, być może. Odnajdzie nas, pouczy, da pstryczka w nos. Ta mała dziewczynka, która pojawia się tak nagle, dziwnym trafem. Ale to dopiero w drugiej części powieści, w drugim akcie dramatu. Na razie pochylamy się nad tą jedną, jedyną fotografią. I nad babką Emilii. Brak jej tchu, nie potrafi oddychać tym powietrzem, który wokół.

Jeśli kto zna warsztat literacki Jadwigi Maliny, ten domyśli się czego można się spodziewać w prozie krakowskiej poetki. Bo tak naprawdę, chociaż to forma prozatorska, jednak wpół przesiąknięta poezją. Bardzo dobrą poezją, którą każdy zrozumie i przyjmie do serca. A wpół jest to powieść wulgarna, nie pozbawiona obelżywych słów. Jednak to nie jest sztuka dla sztuki, inaczej: ta bezwstydność w wypowiadaniu przekleństw wynika z podłego, nieprzychylnego dla ludzi życia. Nie trzeba być historykiem z zawodu, aby wiedzieć iż życie na wsi ( tej przedwojennej, ale tudzież tuż powojennej) nie było łatwe, przyjemne, bezpieczne.

Tak, to prawda. Lecz proszę zauważyć że owe bluzgi są zastosowane w strefie dialogu; w strefie narracji ich nie ma: narrator jest ugrzeczniony wobec czytelnika, jakby chciał pokazać, że dystansuje się wobec chamskich odżywek. Narrator spełnia rolę przekazu słów i myśli. To też trzeba mieć na uwadze czytając „Przysłonę” Jadwigi Maliny.

Taką opowieść, którą zaproponowała Jadwiga Malina, mogliśmy już poznać w wcześniej wydanych historiach. Odnaleziona po latach fotografia przypomina o dawno zapomnianym, a tak naprawdę niechcianym przekazie w przeszłości. W „Przysłonie” jednak nie punkt wyjścia jest ważny, najbardziej istotny. Myślę że czytelnik będzie miło zaskoczony końcem powieści, który tak naprawdę końcem nie musi być. Inaczej: jest końcem powieści, tylko nie końcem opowieści. Nie oznacza to przecież że Jadwiga Malina ma zamiar dopisać ciąg dalszy. Tytułowa przysłona nie pozwala. Tytułowa przysłona naświetla tylko to co chce odsłonić. To jest piękne, pani Jadwigo, zaspakajające mój gust czytelniczy.

Ocena 6/6

Ewa Szumowska , "Jaspijska Wola", Księgarnia Akademicka, Kraków, 2014 Nie tak dawno przedstawiałem, przy okazji wydania „Listy życ...