niedziela, 29 września 2024

 Maria Maknia, "Córy Państwowych Gospodarstw Rolnych", WFW, Warszawa, 2023




Do tej książki przyciąga tytuł. Chodzi bardziej o drugi człon – „Państwowych Gospodarstw Rolnych”. Interesuje się współczesną historią Polski, i dlatego oczy mi się zaświeciły, gdy zobaczyłem tą znaną, lecz dawno już nie widzianą nazwę oznaczającą duże przedsiębiorstwa gospodarki rolnej utworzone w Polsce po II Wojnie Światowej.

Do pierwszej części tytułu mam pewne zastrzeżenia. Przepraszam Autorkę , ale słowo „córy” kojarzy mi się jednoznacznie. Jest takie powiedzenie z nazwą miasta na półwyspie Peloponez , które to powiedzenie nie ma nic wspólnego z treścią omawianej książki.

Pewnie byłoby lepiej użyć słowa „kobiety” lub nawet „matki”, a tak skojarzenie zostaje. Wiem że Maria Maknia nadając taki a nie inny tytuł miała zupełnie co innego na myśli, niż wyszło, lecz może zdarzyć się taki purysta językowy jak ja, i będzie się czepiał.

Państwowe Gospodarstwa Rolne to dość dziwna hybryda, złożona z majątków obszarniczych, a później dzielona na małorolnych i bezrolnych chłopów. W 1949 rok rząd zaczął przymusową kolektywizację, która polegała na zrzeszaniu chłopów w rolnicze spółdzielnie produkcyjne

A zatem historia powojenna Polski. Historia PGR- ów, ale tak naprawdę i przede wszystkim rodziny Marii Makni. Skupiamy się szczególnie na przedstawieniu losów kobiet ( tytuł!), bo to one tak naprawdę ciągnęły ten wózek pracy.

Wielka historia, historia o której uczymy się na lekcjach przeplata się z tą historią małych ojczyzn: gmin, wiosek, rodzin. Z tej wielkiej Maria Maknia przytacza absolutnie najważniejsze fakty. Kto chętnie słuchał opowieści historyka w szkole, ten z pewnością nie będzie zaskoczony tym co przeczyta u Marii Maknii. Być może nawet będziemy znudzeni po trosze. Lecz z pewnością ( w przypadku „Cór …” ) historie „zwykłych” ludzi niosą o wiele więcej atutów poznawczych niż niejedna bitwa co zmieniła bieg historii świata.

A losy rodziny Marii Makni są związane z takimi miejscami, jak Kielce, Belno, Makoszyn, Zapole, Boskowiny. Dziadowie Marii byli związani z Pomorzem, skąd wyruszyli za chlebem, jak im się zdawało. Czas pokazał że nasze wybory nie są dobrymi decyzjami. W nasze, bezpieczne do tej pory życie, może wtrącić się ta wielka historia, o której już wspomniałem. Adolf Hitler, choć przecież nie znał osobiście rodziny Maknia, wpłynął na życie tej rodziny.

To się nazywa esencja życia. Sens istnienia. Maria Maknia tłumaczy nam, czytelnikom pozbawionym odpowiedniej wiedzy, tłumaczy zaangażowanie pracownic w życie PGR – ów. Do tej pory myślałem, że to jednak na mężczyznach spoczywał większy obowiązek, mężczyźni pracowali ciężej. Maria Maknia wyprowadza z błędu, jeśli ktoś tak myślał. Tu było „równouprawnienie”, oczywiście na niekorzyść kobiet.

Poza tym – wojna i początek państwa komunistycznego. To jest prawdopodobnie najcięższy okres w historii współczesnej Polski. Brak prawidłowej opieki socjalnej Państwa, niestabilna sytuacja gospodarcza, prześladowania tych którzy myślą inaczej niż władza. Codzienne życie w ciężkiej pracy, czy to upał, czy deszcz bądź inna niesprzyjająca aura. Może taka rekomendacja zniechęcić Czytelnika. Lecz z drugiej strony może warto przyjrzeć się czasom PGR – ów. Nie mówi się zbyt dużo: bo nie wypada, brak chęci, wszyscy bohaterowie owych czasów nie żyją. Tylko ręce zmęczone, na nogach żylaki.

Z drugiej przecież strony to część historii naszego Państwa, chcemy tego czy nie chcemy. A tak naprawdę, summa sumarum, to nie tak dawno było. To życie naszych babek i mam.


Ocena 5/6


Książkę otrzymałem dzięki współpracy ze Sztukater.pl


sobota, 21 września 2024

 

Karine Tuil, "Nasze życia wymyślone", przekład Adrianna Celińska, Wydawnictwo Nowe, Poznań,  seria Collection Nouvelle, 2023



Trójkąt miłosny, kolejny trójkąt miłosny w powieści. Tak pomyślałem, czytając „Nasze życia wymyślone”. To prawda. Głównymi bohaterami są: Samir, syn arabskiej imigrantki, Samuel, pochodzący z zasymilowanej, żydowskiej, drobnomieszczańskiej rodziny i Nina -córka zawodowego żołnierza, wychowanej w środowisku ze sztywnymi normami moralnymi.

Nina pokochała Samira, lecz ku własnej rozpaczy wybrała na męża Samuela. Troje nieszczęśliwych ludzi z powodu miłości, która powinna budować, a nie niszczyć.

I pewnie ta sytuacja pozornej szczęśliwości trwałaby lata, gdyby nie sukces Samira odniesiony w USA. W tym czasie arab nie uczestniczył już w życiu Niny i Samuela. Nie wiedzieli o nim zupełnie nic. Ale na całe (nie)szczęście Stany Zjednoczone są takim krajem, w którym nieomalże każda kariera musi być dostrzeżona przez dziennikarzy. Pewnego popołudnia Nina i Samuel zobaczyli Samira w jakimś show telewizyjnym. Ku ich zdumieniu, Samir diametralnie zmienił się. Był teraz „paniczem, nuworyszem, utracjuszem, płomiennym krasomówcą, sex maszyną, każdy aspekt jego osobowości odzwierciedlał radykalną zmianę tożsamości”. Który zrozumiał, że aby stać się człowiekiem sukcesu, musiał stanąć do walki społecznej. Potrzebował szczęścia, władzy, pieniędzy, a przede wszystkim nowej tożsamości. Nikt by przecież nie uwierzył że skromny student o niezbyt ciekawej proweniencji jest tym, jak to napisała Autorka? - „sex maszyną”. Posunięcie Karine Tuil ciekawe, choć znane z literatury. Tytułowy bohater „Hrabiego Monte Christo” również zmienia tożsamość. Podobnie Jean Valjean z „Nędzników”, a i nasz rodak czyli Rafał Wilczur, chirurg przez moment swego życia nazywa się a to Józef Broda, a to Antoni Kosiba.

Lecz Samir „wypożycza” nie tylko dane osobowe, lecz także i życiorys. A „dawcą” jest … Samuel. Nic dobrego z tego nie wyniknie, uprzedzam Czytelnika. 

Czterysta stron. Dość długo przebywałem z powieścią Katerine Tuil. Czterysta stron czyli więcej niż tydzień. Zawiązanie akcji wydłuża się niemiłosiernie. Może niepotrzebnie. To tak jakby na początku filmu kamera pokazywała szczegółowo osiedle, aby zatrzymać się wreszcie na szczególe, na przykład konkretnym oknie. Bo tak naprawdę fabuła filmu jest oparta na historii pewnej rodziny, mieszkającej za tym oknem, które właśnie pokazuje kamera. Dlaczego jednak reżyser postanowił pokazać osiedle, na którym mieszka owa rodzina? Wymyślił bowiem dogłębną analizę najbliższego kręgu środowiska społeczno – kulturowego tych oto ludzi.
Taką analizę zapisała Tuil na początkowych kartach powieści. Kruchość osiągniętej pozycji na drabinie społecznej, z której łatwo można spaść tak, jak Samir i łatwo wspiąć się tak, jak Samuel, który po latach niemocy twórczej nagle stał się znanym i uznanym pisarzem.
Pożądanie tożsamości ułatwiającej osiągnięcie sukcesu, ale zmuszającej do kłamstwa i mimikry osób ambitnych takich, jak Samir, który wyparł się swoich arabskich korzeni na rzecz bycia Żydem.
Zastąpienie struktury rodzinnej, więzów krwi i genealogii złudną przyjaźnią, wspólnotą intelektualną lub seksualną. Społeczny rasizm przejawiany w dyskryminacji i profilowaniu pożądanym urastający do kwestii politycznej, z góry deprecjonujący jednostki w życiu społecznym i ich możliwości rozwoju, skazując je na dziedziczną biedę, wykluczenie i porażkę zawodową.
Podatność wykluczonych, zwłaszcza młodych ludzi na agitację ze strony radykalnych ugrupowań islamskich werbujących do własnych celów, czego przykładem był Franҫoise, przyrodni brat Samira. Seksizm w męskocentrycznym społeczeństwie zamykający kobiety w klatce pokory i posłuszeństwa tak, jak matkę Samira i Ninę lub wymuszający walkę z czasem, by wyglądać wiecznie młodo i ponętnie, o ironio - z góry skazaną na porażkę.
Konsumpcjonizm i pieniądze, które „wpływają na wszystko. Na relacje z przyjaciółmi, rodziną, przypadkowo spotkanymi ludźmi”, by przeobrazić w osobę samą siebie nienawidzącą.
Niesprawiedliwość praw transmisji kulturowej, unieszczęśliwiającej dziedziców fortun, rodów i karier zawodowych. Wykorzenienie dobrowolne lub przymusowe prowadzące do zagubienia i problemów psychicznych, czego przykładem był Samir. I wreszcie wszechobecna przemoc w każdej postaci i w każdej sferze życia człowieka.


I ta właśnie analiza jest o wiele ciekawsza niż treść powieści. Bo kto nie zna tego tropu literackiego? Trójkąt miłosny? Domyślam się że każdy, kto czyta. Kradzież tożsamości? Jak pokazałem wyżej, również już znana przed Tuil.
Być może samo zakończenie jest nietypowe, niebanalne. Ale czy wszystkie sprawy ujęte w powieści zostały rozwiązane?
Forma powieści może zastanawiać. Zdanie złożone po wielokroć. Brak znaków interpunkcyjnych. Gęstość myśli. Styl narracji który możemy nazwać pop – art. Większość scen określiłbym jako reklamy. W paradoksalnych zestawieniach, prosto z komiksów, z werystycznym nastawieniem, Autorka obnaża skutki zachłyśnięcia się tak zwaną cywilizacją zachodu.

Powieść bardzo współczesna, a jednocześnie nowatorska.


Ocena 6/6

środa, 18 września 2024

 #książkaprzygodowa #JackLondon #siódmarecenzja




Jack London: Zew krwi, Warszawa, Kraków, Wydawnictwo Eugeniusza Kuthana, 1948


Bohaterem powieści jest pies, a narratorem człowiek. W czasie czytania powieści „Zew krwi” pomyślałem że ciekawiej byłoby gdyby pies był i jednym i drugim. Bohaterem, i narratorem jednocześnie.

Jack London jednak nie wpadł na ten pomysł. Ale samo to że Autor psa uhonorował tytułem głównego bohatera, jest ( było raczej) w roku wydania powieści czymś nowatorskim. A przecież „Zew krwi” ukazał się na początku xx wieku. Dokładniej: w 1905.

To było nie tylko nowe w literaturze, ja śmiem powiedzieć że w spojrzeniu na świat zwierzęcy ( może węziej: psi) został zrobiony duży przełom. Jack London oddał hołd, pokłon tym czworonogom.
Bo o co chodzi? Buck, pół bernardyn i pół owczarek, spędzał życie w dobrobycie i w anielskim pokoju. Miał przestrzenny domek, kilku psich towarzyszy do zabawy, dzieci które go uwielbiały. Jednak pewnego dnia Manuel, chciwy ogrodnik i szuler w jednej osobie, ukradł Bucka prawowitemu właścicielowi i sprzedał psa za bezcen. To jest za tyle aby starczyło na grę w chińską loterię. Los psa był Manuelowi obojętny.
Najprawdopodobniej pies również zapomniał o ogrodniku. Miał własne kłopoty. Przez splot wydarzeń znalazł się w psim zaprzęgu …

Akcja powieści jest żywiołowa, nie ma zbędnych przerw, wątków, dziur czy jak to nazwać. Z tego powodu, że pies jest głównym bohaterem książki, London zastosował mało stref dialogu. Właściwie jest ich minimalna ilość. A co jeszcze ciekawsze Autor zapisał wewnętrzny monolog Bucka. To wygląda jakby narrator mówił myślami psa.
Czyli mamy już drugą nowość, po tym, że bohaterem powieści jest pies. Jack London ukazuje psa jako stworzenie empatyczne, myślące i mające gen wierności. My, ludzie z 2023 roku wiemy o tym, ale sto dziesięć lat temu, gdy ukazał się „Zew krwi”, człowiek nie miał takiej wiedzy. Z tej oto przyczyny ośmielam się powiedzieć, że owszem powieść jest o psie, ale jednak i o człowieku. O jego sposobie myślenia na temat zwierząt.

Nie jest prawdą, jak chce jedna z osób której recenzję przeczytałem na lubimyczytać.pl, że to książka dla chłopców. To jest nieporozumienie, to jest zły sposób myślenia.
Powieść przypomina pod pewnymi względami baśń czy też przypowieść, a te potrafią zrozumieć i chłopcy i dziewczynki. Mamy jasny podział bohaterów na dobrych i złych. Znajdziemy kilka dość celnych metafor, bohaterem jest zwierzę, otrzymujemy też drugie dno całej tej historii. Poza tym dziewczynki potrafią chodzić w gałęziach drzew. Z tym samym skutkiem co chłopcy.

Książka z własnej biblioteczki

Następna książka: Karine Tuil, Nasze życia wymyślone, już niebawem 

piątek, 13 września 2024

#szóstarecenzja  #książkaprzygodowa, #przygodowa, #JackLondon




Jack London: Przygody w Zatoce San Francisko", Wydawnictwo Eugeniusza Kuthana, 1948

Zbiór opowiadań Jacka Londona „Przygody w Zatoce San Francisco” to trochę sensacji, trochę awantur w najlepszym wydaniu. Złodzieje, przemytnicy, tudzież najróżniejszego gatunku cwaniacy, to główni bohaterowie tychże opowiadań. I, rzecz oczywista, policja nadbrzeżna, starająca się pilnować porządku.
Narratorem tych opowieści jest młody człowiek, który zatrudnia się w owej policji nadbrzeżnej, aby zarobić na czesne w szkole średniej. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że jest on alter ego Jacka Londona. Wiecie kochani – gdy się czyta tekst który pokazuje ze szczegółami połów ryb, to tylko jedno można powiedzieć. Autor tego tekstu widział połów nie jeden raz. Zresztą nie tylko połowu dotyczy poprzednia uwaga.
Każdy drobiazg jest opisany z taką maestrią, że kwestia kim jest narrator nie ulega najmniejszym wątpliwościom. Również pewne jest to że w roli policjanta czuł się jak ryba w wodzie ( przepraszam za banalne porównanie wobec tematu opowiadań Jacka Londona).
Są to historie pisane ze swadą i pomysłem. Widać w nich inteligencję Autora oraz dowcip. Jeśli nie wierzycie że można opisać pogoń za piratami z przymrużeniem oka, zapraszam do lektury „Wyprawy na piratów ostrygowych”.

Wszystkie te opowiadania są umieszczone między naturalizmem a awanturniczym romantyzmem. Są świadectwem walki człowieka z szeroko pojętym złem, z nierównościami społecznymi, z ambicjami bez pokrycia. Zastanawiające może się wydawać to, że to co przeżył i opisuje London – może się wydarzyć wszędzie i o każdym czasie. Człowiek nigdy nie zmądrzeje?

Za każdym razem, gdy otwieramy książkę, jesteśmy w samym środku wydarzeń, tak jakby za bohaterem podążał kamerzysta i wszystko rejestrował na czułej błonie filmowej. Opowiadania charakteryzują się szybkim tempem, kilkoma zwrotami akcji na przestrzeni jednego opowiadania. Nie nudziłem się zatem, tytuł zbioru jest adekwatny do tego co czytamy. Rzeczywiście są to przygody, niekoniecznie wydumane opowieści z nutką pseudofilozofii. Są za to oryginalne, to trzeba podkreślić, niebanalne. Po prostu prawdziwe.

Być może to dziwne, nie przystające porównanie do marki pisarza, jakim jest Jack London. Lecz z tyłu głowy mam obraz detektywa w sutannie. Co tydzień ojciec Mateusz z popularnego serialu tropi morderców, aby za każdym razem, gdy pokaże rozwiązanie zagadki kryminalnej, powiedzieć: „To nie koniec. To dopiero początek”.
I u Londona tak jest właśnie. To taka zabawa w kotka i myszkę. Wiadomo, że tego dnia coś się wydarzy, że licho nie śpi. Policja morska musi mieć się na baczności. Mam takie wrażenie że jest to coś w rodzaju serialu. Złodzieje chcą oszukać policję, a ta stara się przewidzieć poczynania bandytów. I tak co tydzień, przepraszam – w każdym opowiadaniu.

Język opowiadań jest przejrzysty, czysty, bez zbędnych dodatków. Widać że Jack London miał łatwość pisania ( o czym mówi sam w autobiograficznym „Martinie Edenie”), poza tym są to jego osobiste przeżycia. Tym samym, tak myślę, było mu łatwiej przelać na papier, to wszystko co nosił w sobie.

Ocena 6/6

Książka z własnej biblioteczki

Następna książka: Jack London "Zew krwi", już niebawem 

środa, 11 września 2024

#piątarecenzja, # groteska, #absurd, #kryminał, #sensacja 



Arto Paasilina "Las powieszonych lisów", Wrocław,  Książkowe klimaty, 2024

Co może łączyć złodzieja złota, wojskowego po przejściach i dziewięćdziesięcioletnią staruszkę? Ktoś dowcipny może odpowiedzieć: powieść, którą starasz się, drogi CzytaczuAdamie, oczarować szanowną publiczność.
Ale nie o to chodzi. Warto odpowiedzieć na pytanie, jakie nici fabuły „Lasu powieszonych lisów” łączą te trzy postaci. Na samym początku powieści nic ich nie wiąże. Nawet więcej – gdy zaczynamy czytać „Las …” nic nie wskazuje że spotkamy na kartach tej powieści właśnie te postaci. Postaci same w sobie absurdalne. A połączenie ich losów jest tak pozbawione sensu, jak melonik na głowie Egona Olsena, bohatera serii o gangu nieudaczników. To nic że Duńczykiem był ów melonik. Widoczne jest podobieństwo mentalne między powieścią Arto Paasilinna a „Gangiem Olsena”.


A przecież tak zwyczajnie rozpoczyna się „Las powieszonych lisów”. Zawodowy gangster Oiva Juntunen oraz jego wspólnicy okradli wypełniony złotem statek. Jak przystało na opętanego gorączką złota watażkę, Oiva nie chce się nim dzielić nawet ze swoimi pomagierami. Juntunen postanawia przed nimi uciec, by zachować należące do nich sztabki.
Gotowy scenariusz filmowy? Owszem, owszem. Tak wiele scenariuszy filmowych się rozpoczyna. Niedawno zmarły francuski aktor Alain Delon zagrał w wielu takich filmach. To nic nowego w literaturze sensacyjnej.
Ale Paasilinna łamie stereotyp takiej „już znanej” opowieści. Wysyła swego bohatera w głąb dziewiczego lasu. W głąb fińskiego dziewiczego lasu, podkreślmy. W którym wszystko może się wydarzyć. Może się wydarzyć wojskowy po przejściach i może się wydarzyć dziewięćdziesięcioletnia staruszka. Ale i również lisie szczenię, i …


… i wiele innych atrakcji. Intrygujących, pozbawionych tandety i ciężkości życia. Hasło wybite na okładce powieści mogło by brzmieć: „Jeśli chcesz odpocząć od otaczającej cię rzeczywistości – przeczytaj „Las powieszonych lisów”. Bo rzeczywiście, im bardziej zagłębiamy się w powieść ( a tak naprawdę fiński las), tym bardziej jesteśmy oddaleni od własnego miejsca zamieszkania. Czyli inaczej mówiąc: odpoczywamy.


A zarazem śmiejemy się. Ta aluzja wobec melonika Egona Olsena jest jak najbardziej na miejscu. Ja naprawdę czekałem aż za któregoś drzewa ( tajga to tajga) wyskoczy deux ex machina, i jeszcze bardziej narozrabia w powieści niż Arto Paasilinna przewidział. Bogiem a prawdą w „Lisach …” jest taki ktoś! I to ktoś, kogo byśmy nie podejrzewali o takie „dzikie” zachowanie. A zwycięzcą plebiscytu na najodważniejszą postać powieści jest ...


Język którym została napisana powieść Autor powieści przystosował do treści. Lekki, łatwy w odbiorze, od czasu do czasu kolokwialny. A nawet brutalny. Toż jesteśmy w środowisku złodziei i policjantów. Lecz Paasilinna, na całe szczęście, nie przesadza w epatowaniu niecenzuralnych wyrażeń. To dobrze. Zbyt dużo nieczystości językowych jednak zagłusza styl całej powieści. Inaczej mówiąc: sceny z wulgaryzmami jak najbardziej wynikają z treści, nie są jakby obok opowieści. Mają swój udział w opowieści.
Ktoś może przecież powiedzieć że ten kolokwializm językowy w powieści może zbyt długo trwa. Jest nazbyt widoczny. Może i tak jest. Ale daję słowo czytacza: powieść kończy się w najodpowiedniejszej chwili, gdy już wszystkie światła przygaszone, wokół ściele się cisza i spokój.


Nie jest to powieść, którą zapamiętam na dłużej. Nie musi być. To taka powieść, która daje radość na krótko. 100 metrów, ale przez płotki. Bo natrudzić się też trzeba, aby przebrnąć przez tajgę, to jest przez powieść. Ale gdy przebrniemy, gdy już przeczytamy, zauważymy przecież że dawno już minęliśmy „nasz” przystanek, i pora wysiadać z autobusu/tramwaju/metra/pociągu.




Ocena 5/6

Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości Sztukater.pl 

Następna książka: Jack London "Przygody w zatoce San Francisko" 

czwartek, 5 września 2024

#czwartarecenzja #filozofia  #pismofilozoficzne




"O kondycji dzisiejszego społeczeństwa: pismo polemiczne" R.K.Yans, Agencja Wydawnicza Gajus, 2023 

O kondycji dzisiejszego społeczeństwa”, Autora podpisującego się jako R.K. Yans ( L’Archimiste) nie jest powieścią ani opowiadaniem tudzież nowelą. To są zdania filozofa ułożone tematycznie, aby nie sprawiać kłopotu Czytelnikom w rozumieniu zagadnień. Podtytuł mówi że mamy do czynienia z pismem polemicznym. Trzeba się wczytać w tekst owych zdań, aby zrozumieć że to Frederic Nietzsche jest adresatem myśli R.K.Yans’a. Celem omówionych w tej rozprawie szeregu tematów i zagadnień jest dążenie na drodze rozwoju do osiągnięcia i wyklarowania się „wyższego typu człowieka”, a przy tym i samego człowieczeństwa. R.K. Yans wychodzi z założenia że to przyroda potrafi odnawiać się i dążyć do doskonałości, a nie na odwrót.

A człowiek? Nie ma zbyt dobrego zdania R.K. Yans o Człowieku XX wieku. Jego zdaniem żyjemy w epoce śmierci. W epoce śmierci i taniej rozrywki. To może i paradoks, ale bardzo wymowny. I paradoksem może być to że tania rozrywka może prowadzić do … zwyrodnienia społecznego. Filozof przeciwstawia ową słabość ludzkości do marnej biesiady wiedzę. Mówi, że za mało czytamy, za mało eksponujemy książki we własnym życiu. Tak jak byśmy się wstydzili lektur, jakbyśmy negowali „problemat wartości”. Oddzielenie dobra od zła. Plew od ziarna. To co dziecko uzna za „dobre”, pozostanie „dobre” do końca życia. Oczywiście: dorosły człowiek może zakazać dziecku kochać to co przed chwilą uznało za „dobre”. Wtedy pojawia się bunt ze strony młodości.

Wtedy pojawia się „problemat” tradycji”. To dorosły pokazuje co ma być „dobre”. Fakty historiograficzno – kulturowe traktuje się wybiorczo. Wiadomo nie od dziś, że łatwo jest manipulować ludzmi którzy albo niewiele wiedzą, lub wręcz w ogóle nie znają historii regionu w którym przyszło im żyć. W takim powierzchownym głaskaniu żyjemy, i równowaga kulturowa została zachwiana. Proszę zauważyć że Autor pisze o Europejczykach, którzy przez wieki byli uznawani ( prawda – przez samych siebie) za Wyższy Gatunek od innych maluczkich. Amen.

Kilka zdań poświęcił R.K.Yans maszynom. Zapamiętałem to mówiące że maszyny są piękne, bo użyteczne. Jeśli można było tak powiedzieć o człowieku! Jest Autor bardzo sceptyczny wobec wszelkich działań człowieka. Yans mówi że zapomnieliśmy o przyrodzie, więcej: o tym że jesteśmy jej cząstką.

Bardzo ważną rzeczą dla R.K.Yans jest oczyszczenie człowieka z agresji. Chodzi o szacunek do życia, nie o zdrową rywalizację w sensie sportowym. Arfirmacja dla zdrowego rozsądku.

W czasie czytania pomyślałem, że kolejne zdania pisma „O kondycji dzisiejszego społeczeństwa” można czytać w dowolnej kolejności. Przyjrzawszy się jednak muszę stwierdzić że lepiej publikację przeczytać od początku do końca, tak po „kolei”. Ten porządek, ustalony przez Autora, nie jest przecież przypadkowy. Wiem, ostatnie zdanie zabrzmiało dosyć dziwnie. Autor wszelkiej publikacji ustala taki porządek, jaki Autorowi się podoba. Ma w tym cel, w wypadku omawianej publikacji jest to cel tak jasny że nie warto o nim wspominać. Czytelnik powinien się domyślić sam. Ale, słowo bibliotekarza, zagadka nie jest zbyt trudna.

Zastanawiam się komu polecić R.K.Yans „O kondycji dzisiejszego społeczeństwa”? Komuś z odpowiednim bagażem wiedzy, to z pewnością. Komuś komu nie obce są stosunki społeczne, a i podstawy filozofii mogą się przydać.

Nie czyta się tej publikacji łatwo i przyjemnie. To trudny teren dla tych, którzy na co dzień nie obcują z takimi pracami, określanymi jako naukowe. Trzeba mieć to na uwadze. Miłego czytania zatem.


Ocena 6/6


Książkę otrzymałem dzięki uprzejmości Sztukater.pl



Następna książka: Arto Paasilinna "Las powieszonych lisów"



 Dzień dobry, w tym poście nie będzie recenzji. Jest okazja aby coś powiedzieć od siebie.  Kilka dni temu rozpoczął się rok szkolny. Spójrzcie na poniższą fotografię. 


 

 

Bardzo ładny obrazek, prawda? Chcecie i Wy tak?  Zatem życzę Wam, Drogie Dzieci i Kochana Młodzieży zdobywania wiedzy: tej potrzebnej, i tej  wymagającej myślenia. 

poniedziałek, 2 września 2024

 #trzeciarecenzja   #recenzjaksiążki #obyczajowe  #filozoficzne




Joseph Conrad "Opowiadania", przekład Magda Heydel, Wydawnictwo "Czarne", Sękowa, 2024 


W tomie znalazły się:

Placówka postępu,

Laguna,

Karain: wspomnienie,

Młodość: opowieść,

Amy Foster,

Anarchista,

Informator :Opowieść ironiczna,

Il Conde. Opowieść żałosna,

Tajemny towarzysz,

Freya z Siedmiu Wysp,

Wspólnik,

Książę Roman, Opowieść


To jest moja miłość literacka. Utwory Josepha Conrada. Mam kilka wyborów na półce domowej biblioteczki. Są to przekłady już klasyczne, Anieli Zagórskiej i Haliny Carroll – Najder. Ta pierwsza była spokrewniona z Conradem. Druga żoną historyka literatury.

Wspomniałem o tłumaczkach wielkiego brytyjskiego pisarza pochodzenia polskiego, ponieważ niedawno przeczytałem e-booka z opowiadaniami tegoż pisarza w nowym tłumaczeniu Magdy Heydel, a wydanym w jakże zacnym wydawnictwie „Czarne”.

Przeważnie tak bywa że nowe tłumaczenie, jakiegokolwiek pisarza, lubimy porównywać z tym klasycznym. Mam, jak już wspomniałem, możliwość czytania opowiadań Conrada w tych tradycyjnych przekładach, które znamy od lat. A teraz …

Teraz mogłem przypomnieć je, wykrzykując nieomalże co chwila: „Ja to już znam!”. Znam, ale i nie znam. Tłumaczenie Magdy Heydel jest przecież inne, bardziej wyraziste, pasujące do czasów Olgi Tokarczuk niż Josepha Conrada. To tak jakby wyjąc zakurzony manuskrypt, odświeżyć go, i opowiedzieć na nowo, własnymi słowami. Oczywiście utrzymując ducha litery Autora, który ten manuskrypt napisał.

Przyjrzyjmy się zatem owemu „manuskryptowi” W tomie znalazły się następujące opowiadania: Placówka postępu, Laguna, Karain: wspomnienie, Młodość: opowieść, Amy Foster, Anarchista, Informator. Opowieść ironiczna, Il Conde. Opowieść żałosna, Tajemny towarzysz, Freya z Siedmiu Wysp, Wspólnik, Książę Roman: Opowieść.

Są to chyba najbardziej znane utwory Conrada. Top of the top. No, może oprócz tego jednego tekstu: „ Jądra ciemności”. Ale o tym później. W swoim czasie.

Człowiek wyłaniający się z opowiadań Conrada jest samotny w swych słabościach, targają go wichury sprzeczności. Porażka wydaje się nieunikniona, a po niej zostaje tylko pustka obramowana lękami i stereotypami. To nie przypadek, że Conrad opisuje zmagania człowieka na styku kultur. Tej uznawanej za wyższą, i tej którą można nazwać strefą uproszczonych wyobrażeń życia.

Etykietki, które automatycznie przyszywamy poszczególnym ludziom, a które niekoniecznie odpowiadają rzeczywistości, są bardzo często wykorzystywane w opowiadaniach Conrada. Autor pokazuje człowieka na skraju przepaści, chociaż jest jeszcze szansa na odwrót, prawdziwe życie.

Czytając nowy przekład opowiadań Josepha Conrada w przekładzie Magdy Heydel, pomyślałem że mimo upływających lat od premiery, ten Autor jest jak najbardziej współczesnym pisarzem. Oczywiście, zasługa to tłumaczenia. Jakie to tłumaczenie, opowiem anegdotą. Mam taki pomysł aby pani Heydel przetłumaczyła „z polskiego na nasze” ot, chociażby „Chłopów” Władysława Stanisława Reymonta. Są przecież takie sygnały że powieść ta nie jest do czytania, to jest napisane innym językiem, wręcz nam obcym. Gdyby Magda Heydel podjęłaby się tego zadania, z pewnością Minister Nauki zatwierdziłby dwa tomy ( czyli całość) „Chłopów”, a nie, jak mi wiadomo, tylko pierwszy.

Mówiąc inaczej: warto, a nawet powinno się przeczytać omawianą lekturę. Więcej: gdy ktoś ma te klasyczne tłumaczenia, można je porównać, i zobaczyć jak „odmłodniał” Joseph Conrad.

Jeszcze jedno słówko do Pani Magdy. A co z „Jądrem ciemności”? Szkoda, że nie umieściła Pani tego opowiadania w tym zestawie. To byłaby z pewnością perła wśród pereł. W tym opowiadaniu znajdziemy całą jestestwo ludzkości. Kto nie czytał, niech się sam przekona. Upodlenie, wywyższenie, miłość i zdrada, obojętność - te wartości przychodzą mi do głowy pierwsze. To tłumaczenie, które do tej pory mamy, jest dobre, miejscami nawet bardzo dobre. Lecz pełne archaizmów, przez które trudno przebrnąć Czytelnikowi. Tak jak „Chłopów” Reymonta.

Jeśli Pani jeszcze nie przetłumaczyła „Jądra ciemności”, proszę o to. A jeżeli już to Pani zrobiła, będę szukać tego tekstu. Bo, jak myślę, warto. Bardzo warto.

Ocena 6/6

E-booka otrzymałem dzięki uprzejmości Sztukater.pl                          
  

Następna książka: R.K. Yans (L’Alchimiste) "O kondycji dzisiejszego społeczeństwa. Pismo polemiczne"

Ewa Szumowska , "Jaspijska Wola", Księgarnia Akademicka, Kraków, 2014 Nie tak dawno przedstawiałem, przy okazji wydania „Listy życ...