niedziela, 20 kwietnia 2025

 Katarzyna Lewandowska, Krzesło i inne opowiadania, Moja Przestrzeń Kultury, 2024





#KatarzynaLewandowska
#Lewandowska
#Krzesłoiinneopowiadania

Katarzyny Lewandowskiej „Krzesło”, zbiór opowiadań – miniatur pełen jest portretów kreślonych delikatnym rysunkiem, aż z miłością do swoich bohaterów. Tak jakby Autorka chciała, aby Czytelnik uwierzył w ich istnienie. A może istnieją/istnieli? Nie tylko w wyobrazni Katarzyny? Czytając te fotografie z życia, miałem wrażenie że Pisarka w niektórych opowieściach rozlicza się ze swoją przeszłością. To co zapisane w „Krześle”, to było ( jest?) przeżyte przez Katarzynę i jej bliskich?
Inaczej mówiąc: Lewandowska nie ocenia przeszłości, tylko ją podaje czytelnikowi. Podaje na nieskazitelnie czystym, białym obrusie słów wyjętych wprost ze Słownika Języka Polskiego. Słowa składają się na krajobrazy pełne intymności i altruistycznych skojarzeń.
Może zastanawiać obecność w wielu opowiadaniach osób starszych i niedołężnych. Narracja i treść tych opowiadań pokazują że rzeczywiście Pisarka mogła mieć bezpośredni kontakt z pacjentami domu opieki. Widać na pierwszy rzut oka miłość do drugiego człowieka.
Są, to również oczywiste, opowiadania z młodymi ludzmi w roli głównej. Eteryczność, z jaką stworzyła Katarzyna, te postacie, onieśmiela. Są to niedokończone portrety, zanim się do niego przyzwyczaisz, za nim zaczniesz z nim rozmawiać – już musisz przejść do następnego. A może powinieneś, czytelniku, dopowiedzieć?
Można powiedzieć, że opowiadania, które proponuje Katarzyna Lewandowska nazwać przecież fotografiami. A tak jest ze zdjęciami, że gdy je oglądamy, przypominamy nie tylko chwilę w której zrobiono zdjęcie. Zaczynamy snuć opowieść wokół tej fotografii. Tworzymy własne bajdurzenia oprócz tej, zapisanej w literaturze/ w zdjęciu, opowiastki.

Sugestywne obrazy, w które czytelnik nieomalże wchodzi w interakcje. Przepraszam, nieomalże trzeba wykreślić. Interakcja dzieje się, po prostu i bez żadnego oporu. Czytelnik przeradza się w widza siedzącego na dużej sali kinowej i mającego możliwość „wejścia” w film. Staje się w ten sposób jedną z postaci opowiadania. Która to postać jest jednocześnie obserwatorem wydarzeń. Wydarzeń już zapisanych, a jednak do których można dopisać ciąg dalszy.

A ja czekam na ciąg dalszy twórczości Katarzyny Lewandowskiej. Debiut bardzo udany, bezkompromisowy. Bez użycia tanich chwytów, tak często spotykanych w utworach, tych którzy dopiero zaczynają. Z ciekawie potraktowanym językiem, widać że Pisarka ma już własny styl. Warto go poznać.

niedziela, 13 kwietnia 2025

 Jacek Słowiński, Spowiedź kanarka, WFW, 2024



„Spowiedź Kanarka” to książka, która zdecydowanie wymyka się schematom literackim. W pierwszym momencie można odnieść wrażenie że jest to wielowątkowa powieść. Książka składa się bowiem z dwunastu rozdziałów, a każdy z nich dodaje nowego bohatera i nowe wątki do przemyślenia. Tak, do przeczytania, ale także do przemyślenia.
„Spowiedź kanarka” oferuje czytelnikowi coś więcej niż tylko kolejną literacką opowieść. Jacek Słowiński stworzył dzieło, które wykracza poza standardowe granice gatunku i skłania do refleksji nad samym procesem czytania, odbioru i zrozumienia literatury. To nie tylko historia, składająca się z dwunastu opowieści. To zaproszenie do głębokiej introspekcji. Próba zrozumienia tego, co niewidoczne na co dzień, a jednocześnie stanowi fundament naszej egzystencji.
Książka składa się z dwunastu części. Każda jest osobnym rozdziałem i jednocześnie samodzielnym opowiadaniem.
Łączy je jedno, lecz najważniejsze. Głęboka refleksja nad życiem, wyborami życiowymi, i nader wszystko - emocjami, które kształtują nasze istnienie. Słowiński w sposób bardzo sugestywny i czasem brutalny pokazuje złożoność ludzkich dylematów. Bo tak naprawdę w codziennym życiu mogą być zepchnięte na dalszy plan. A przecież w rzeczywistości są podstawą naszych decyzji i wyborów. Autor zmusza nas do zatrzymania się na chwilę, do ponownego przemyślenia własnych priorytetów, relacji, a także tego, jak postrzegamy samych siebie. Są momenty w życiu każdego z nas, gdy powinniśmy zatrzymać się i zapytać się samych siebie, co my w danym miejscu i czasie robimy.
Stąd motywem przewodnim książki jest spowiedź. Lecz nie ta opisana w książeczce do nabożeństwa, lecz wyjęta wprost z serca człowieka. Ileż razy człowiek „odklepuje „ formułki zapisane w małych książeczkach, które możemy kupić w przykościelnej księgarni. Nie, to spowiedź na poziomie egzystencjalnym, w której bohaterowie zmagają się z pytaniami o sens, wartość życia, miłość, zaufanie i zdradę. Każda z tych kwestii jest przedstawiona w sposób subtelny, pełen niedopowiedzeń, które zmuszają do aktywnego zaangażowania się w proces lektury. I to raczej sercem, niż rozumem.
Delikatny i kruchy tytułowy kanarek jest też synonimem wolności, której wciąż, jako ludzie szukamy pod różnymi postaciami. Swoboda słów i działania to rzecz nieoczywista i często nawet nieosiągalna, ale wolność myśli, wynikających z naszej prawdziwej natury jest nie do okiełznania. Jakie są tego konsekwencje? W tej literackiej spowiedzi można znaleźć zarówno ich mroczne jak i jasne strony, bo przecież ludzie są stworzeniami tak bardzo różniącymi się od siebie i tak różnie reagującymi na to, co dzieje się w ich życiu.
”Spowiedź Kanarka” to także książka o odwadze – odwadze spojrzenia w głąb siebie, o zmierzeniu się z tym, co nieoczywiste i trudne. Słowiński stawia nas w roli uczestników spowiedzi, którzy nie tylko słuchają, ale także muszą stanąć twarzą w twarz z własnymi lękami, pragnieniami i rozczarowaniami. To dzieło, które wymaga od nas pewnej odwagi, by stanąć w prawdzie, nie tylko przed samym sobą, ale i wobec świata.

środa, 2 kwietnia 2025

 Witold Łukaszewski, "Na gitarze. Jak ograłem PRL", Katowice, Szara Godzina, 2025



Witek Łukaszewski opowiada o Polsce lat osiemdziesiątych. Witka poznaliśmy w tomie pod tytułem „Na rowerze”.
Chłopak z małego miasteczka oszołomiony karierą Ryszarda Szurkowskiego, chce zostać kolarzem. Ten pomysł na życie spalił na panewce. Myślę że na los młodego człowieka wpłynęło spotkanie z poetą i prozaikiem, Edwardem Stachurą, opisane pod koniec pierwszego tomu, „Na gitarze”.
Co się zdarzyło w życiu Witka między tym spotkaniem a wybuchem Stanu Wojennego, opisuje druga część, tom pod tytułem „Na gitarze”. Niestety, jak do tej pory, nie przeczytałem tego tytułu. Wydaje mi się jednak, że nieznajomość środkowego fragmentu trylogii „Jak ograłem PRL” nie wpłynęła na jakość czytania losów Łukaszewskiego.
Przypomnijmy: To jest świadectwo minionej epoki. Bez okłamywania Czytelnika, bez blagi, bez taniego oszukiwania. Nie wiem jaki cel miałby Witold Łukaszewski gdyby mijał się z prawdą opisując swoją młodość. Jeśli było brudno, jest o tym mowa. Jeśli nie miał czystej koszuli, pisze bez skrępowania. Tak napisałem o pierwszej części wspomnień Witka Łukaszewskiego. To samo mogę powiedzieć o trzecim tomie tego wydawnictwa.
Bohater opowieści, ukrywający się pod „pseudonimem” Franz Lipa, pokazuje czytelnikom, jak można było przeżyć w PRL – u. Wystarczy być cynikiem, wyrafinowanym i bezczelnym, od czasu do czasu chamskim. Wieczny student, aby wymigać się od służby wojskowej, tymczasem rozwija talent muzyczny, kocha kobiety i niektóre aspekty życia społecznego.
To może zastanawiać, ale szarość PRL – u w książce Witka Łukaszewskiego jest opisana poprzez humor, absurd i muzykę. A i również poprzez system działania: jak nie drzwiami, to oknem. Czyli poprzez kombinowanie.
Absurdalne są rozmowy z tak zwanymi przedstawicielami władzy. Te dialogi tłumaczą dlaczego warto, a nawet trzeba poznawać kulturę: czytać książki, chodzić na wystawy, znać najnowsze filmy. Franz Lipa nie raz, nie dwa wpędzał milicjantów i ZOMO-wców w kozi róg, tylko dlatego że ci ostatni nie znali klasyków muzyki poważnej.
Tych przykładów jest wiele, i naprawdę dają do myślenia. Niby śmiejemy się z indolencji ludzi, którzy mieli chronić obywateli, a tak naprawdę sami potrzebowali opieki. Jest w tym zachowaniu definicja systemu PRL. Ta nieoficjalna, obiegowa definicja, minimalistyczna w formie, ale jaka wymowna w treści. Niby śmiejemy się, powtórzę, a tak naprawdę to śmiech przez łzy.
Bo tak naprawdę nie było miło żyć w PRL. I to nie było życie tak naprawdę. Nazwać można to co się wydarzało – ślizganiem po powierzchni. Taniec pingwina na szkle, cytując tekst piosenki z tamtego okresu.
Łukaszewski potrafił. I raczej bawiło go to niż dręczyło. Takie odniosłem przynajmniej wrażenie. Nie wiem czy trafiłem w punkt, ale to tak wyglądało, jakby Łukaszewski wyżywał się na milicjantach i ormowcach. W życiu prywatnym nie wiodło się naszemu bohaterowi. Wielka miłość młodzieńca odchodzi od niego, życie na walizkach sprzyja zawieraniu przelotnych znajomości.
Nie brakowało też wódki i przyjęć na każdą okazję. Udany koncert, nieudany występ, zaliczka, kochanka, żona, codzienne spotkanie z kolegą. Tak, dobrze się domyślacie. Witek Łukaszewski zachorował na alkoholizm. Pod koniec opowieści co prawda mówi o abstynencji, lecz jest to choroba nieuleczalna.
Jest to opowieść dobrze, ciekawie napisana, bez, to prawda, zadęcia literackiego. Mam wrażenie że Łukaszewski używa tego samego języka w książce, co w codziennych rozmowach. Potocznego, bez zbędnych akantów. I dlatego tak łatwo jest czytać „Na scenie. Jak ograłem PRL”.
Ocena 5/6

Ewa Szumowska , "Jaspijska Wola", Księgarnia Akademicka, Kraków, 2014 Nie tak dawno przedstawiałem, przy okazji wydania „Listy życ...