wtorek, 28 stycznia 2025

 Monika Zając - Czerkies, Prze(d)świt, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, 2024





W 2023 roku Monika powiedziała w ten sposób o poezji: „Myślę, że poezja jest szczególnym rodzajem mówienia. Mówisz tyle, ile chcesz powiedzieć. Reszta jest w niedopowiedzeniu – pozostawiona do interpretacji odbiorcy. Czasem zastanawiam się sama, jak odebrałabym swój wiersz, stojąc z boku - jako nie ja”.
Szczególny rodzaj mówienia. Słowa jakby odkryte dla odbiorcy, a jednocześnie jednak zakryte.

Dwa lata po wypowiedzeniu tych słów, Poetka wydaje „Prze(d)świt”, debiutancki tomik. Tym samym Monika może przyjrzeć się z boku temu szczególnemu rodzajowi mówienia. Przechodząc nieopodal lustra zobaczyć stojącą obok, a jakby w Monice.
Dzieje się tak z tej przyczyny że Autorka „Prze(d)świtu” kocha kino. Lubi oglądać świat na białym prostokącie w przyciemnionym pomieszczeniu, prawdopodobnie także na swoje życie spogląda z oddali. Tak jakby było ich dwie. Jak w wierszu „Ciągle dźwigam”. Sam tytuł wskazuje jak przeżyła Monika to spotkanie, i co tak naprawdę zobaczyła w lustrze.
Mam przypuszczenie że podobnie jest z wierszem „1897”. Dzięki tej liryce przenosimy się do wieku dziewiętnastego i oglądamy scenę, jakby niemy monodram, w której udział bierze młoda kobieta. Monika utożsamia się z tą dziewczyną – podmiotem lirycznym. Chce być nią? A może już jest w swych marzeniach? Czyżby Monika Zając-Czerkies zmetaforyzowała poprzez ten wiersz swoje życie?
Z pewnością życie Poetki składa się z takich metafor – filmów, metafor –
kadrów. Nie wiem czy poprzednie zdanie można użyć do życia prywatnego ( nie znam Moniki, nie chcę wchodzić na nieznany teren), lecz ta poetycka sfera z pewnością jest zdominowana przez kino i to wszystko co niesie X Muza. Mam jednak pytanie. Czy to wystarczy aby opowiedzieć świat?

Na jeden tomik wystarczyło, to pewne. Jest „Prze(d)świt” bowiem spójnym, dobrze charakteryzując samą Poetkę. Introwertyczna ( stąd lustra), zapatrzona w Gretę Garbo czy Mary Pickford, obramowana ekranem kinowym, tym co Józef Baran we wstępie do tomiku nazywa mgielną liryką. Jeszcze nie do końca monikową, a już mogącą powiedzieć co nieco o Poetce. Jak sama stwierdzi w jednym z wierszy, kadr nie wszystko mówi. Zapomniał o butach, cokolwiek by to nie mówiło o Poetce.

Z pewnością wrażliwa i uduchowiona. Zatapia się w tym co nieosiągalne, a jednocześnie pokazując że można próbować to opisać rzadko spotykanymi metaforami. Nie mogę zapomnieć „walca rękawa” i „zamiatając chmurom kąty w chałupie”.

Monika nie jest, to oczywiste, jedyną wielbicielką własnej woltyżerki słownej. W dedykacji napisała o oddechu, poetyckim oddechu. Abym przyjął go. Przyjmuję, i jestem pewien że wielu przyjmie.

Aby dotleniała się na słońcu, i miała swój prywatne seanse, lecz zapisywała je dla nas, maluczkich czytelników, tego życzy
niżej podpisany
Adam Miks.

środa, 22 stycznia 2025

 


Ewa Szumowska, Lista Życzeń, seria poetycka „Leśna pszczoła”, tom 8, Fundacja czAR(T) Krzywogońca, 2024



Ewa Szumańska przysłała „Listę życzeń” pod mój adres. Tomik wierszy, utworów lotnych jak karteczki na których zapisano wykaz zakupów. Właśnie taki, rzadko spotykany pomysł obrała Autorka. Opisać wrażenia z czytania, połączyć skojarzenia, zaprowadzić porządek w kontekstach interpretacyjnych. Tak, nie pomylił się Czytelnik. Dobrze odczytał intencje recenzenta. Wszystkie te pojęcia poznane na lekcjach języka polskiego, można bez przeszkód zastosować do spisu zakupów, robionych na co dzień w osiedlowym sklepiku.

Wszystko może być tworzywem które bierze na warsztat Ewa Szumowska. Olej, dżem wiśniowy, długopis. Chodzi tu, przede wszystkim, o skojarzenia. Literackie. Prowadzące dialog z szeroko rozumianą kulturą. A nawet z ludzmi, których moglibyśmy nazwać bez żadnych przeszkód celebrytami.

Jedną z takich gwiazd naszego życia towarzyskiego z którą rozmawia Ewa Szumowska jest Krystyna Czubówna. A tematem wiersza związanego z ulubioną lektorką jest korsarz, dezodorant o nazwie „Korsarz”. Skąd w wierszu skrzynia umarlaka, Piotruś Pan – to tajemnica interpretacji listy zakupów. Swobodne wypłynięcie na oceany kontekstów. Ahoj, przygodo! Ahoj, Krystyno!

Na jednej z karteluszek – list zakupów ktoś napisał: „3 kg jabłek winnych”. Czego winnych, zapytała się Poetka. Z obu, pozycji na liście i pytania, wysnuła wiersz o … biblijnej Ewie. Lecz jakże współczesny jest ten wiersz, jakże feministyczny.

Jeszcze o dezodorancie, ale o innej nazwie. Tym razem kupujemy La Rive. Nazwę Ewa Szumowska skojarzyła z rzeką, jako zjawiskiem geograficznym. Przepływ słów, znaczeń i kontekstów niesamowicie szybki i pełen niespodzianek. Pomimo trzech wersów utworu. Właśnie tym zwraca na siebie uwagę. Jeszcze raz uczymy się że nie ilość, tylko gęstość się liczy. Gęstość sytuacji przestawionych w wierszu.

Bo słowa są magiczne. Niepoukładane w logiczną całość, jak na karteczkach – listach zakupów, ale i poukładane w wierszach-krzyżówkach. Tylko należy odnaleźć klucz do tego porządku. Jednak zdarza się że gadamy ( tak, właśnie: gadamy) po próżnicy. Aż silosy zbudowaliśmy na te czcze gadanie. A może zdarzyć się że słowa milczą, nie mają zdania na jakikolwiek temat. Stękają jedynie, dukają. Tylko od czasu do czasu spłynie z pióra wianuszek słów. Na tym też polega magia słów.

Z kawałków papieru które przykleją się do ciała zrobić lep na muchy. Lecz używając tylko słów i skojarzeń. Skrawki papieru tłumaczą się jako lep. Bo się przyLEPiły do ciała. Podobnie z osmozą sensu. Chce przeniknąć ciało, ale czy jest sens? Ludzie i tak chcą być dosłowni. Nawet w poezji.


Ewa Szumowska pokazuje że każdy temat można podjąć pisząc wiersze. Nawet taki banalny, zarazem niecodzienny i ciekawy w tomikach wierszy, jakim jest lista zakupów. Banalny, bo nie przywiązujemy doń zbytniej uwagi, zbyt często robimy zakupy. Niecodzienny – nie pamiętam, a przecież bardzo często czytam poezję, aby wiersz nosił tytuł : „Olej” czy „Zegary”.

Zegary zostają same w domu, nawet więcej. Zwalniają bieg, człowiek nie jest im już potrzebny. Nawet jeśli nazywa się Einstein. Bo w codzienności łatwo zapomnieć o czasie, o jednym, drugim, trzecim wydarzeniu. Lista zakupów przypomni, ta na karteczce zapisana i ta w wierszach Ewy Szumowskiej. To ta sama lista przecież. Tylko trzeba znać hasła do krzyżówki życia. Poetka zna.


niedziela, 19 stycznia 2025


Małgorzata Felicka, "Wieloświaty", Wydawnictwo Sovello, 2019


Małgorzata Felicka proponuje podróż do „Wieloświatów”. Jest to tomik opowiadań z roku 2019, opowiadań science-fiction, ułożony z ośmiu opowiadań. Jak sama Autorka podkreśliła w prywatnej rozmowie, pierwsze opowiadanie ( tym samym dziewiąte) nie ma raczej nic wspólnego z wiodącym tematem tomiku. Zostało ono napisane kilka lat później. Ów utwór, zatytułowany „Huk” pokazuje dziwną, niekonwencjonalną znajomość. A tak naprawdę dwie znajomości. Pierwsza wynikła z potrzeby. Druga to raczej wynik zdarzeń losowych. Jednak w opowiadaniu ważniejszy jest temat lojalności, i pytanie czy warto utrzymywać znajomość za wszelką cenę. Wiodący temat tomiku nazwałbym fantastyka w realnym świecie. Żyjemy tu i teraz, obok zwykłych i codziennych zdarzeń, a jednocześnie doświadczamy fantasmagorycznych rzeczy. To się nazywa realizm magiczny. Ktoś powie, jeszcze przed przeczytaniem „Wieloświatów”, że to nic nowego w literaturze. Jest takich książek multum, lepszych i gorszych. Tak, to prawda. Z tym faktem zaistniała również obawa taka, że książeczka Małgorzaty Felickiej zostanie przytłoczona, tym samym niechciana. Czy „Wieloświaty” to kolejna pozycja na półkach naszych bibliotek, która przeczytana zostanie odłożona i zapomniana? Nie sądzę. Sam fakt istnienia wielu podobnych utworów, nie podważa jakości tego który właśnie trzymamy w ręce. A być może przecież moje obawy Nic nie można przecież powiedzieć o utworze, gdy się go nie zna. A to że ma siostry i braci w tym samym gatunku literackim? To może być dla naszej książeczki cecha pozytywna. Czasami wartość czytania polega nie na porównywaniu, lecz na osobnym odczytywaniu treści. Jakby nie było historii literatury. Odniesień do tropów i wyobrazni poprzedników. Trzeba tylko otrzepać opowieści Felickiej z kurzu, wyrównać kanty, nauczyć się na pamięć nowego słowa „Wieloświaty”, i zacząć w końcu je czytać. Piszę „w końcu czytać”, ponieważ pierwsze opowiadanie w tomiku potraktowałem osobno, zgodnie z sugestią Autorki. Wieloświat jest to hipotetyczny ( czyli baśniowy?) zbiór wszelkich wszechświatów, w których zasady fizyki są różne. We wszechświatach równoległych może istnieć nieskończona ilość kopii nas samych, które robią dokładnie to samo co my, albo ich historia życia przebiega zupełnie inaczej niż nasza. Realizm magiczny który proponuje Felicka jest … zaskoczeniem dla Czytelnika. Innymi słowy: rozwiązania problemów stawianych w opowieściach „Wieloświatów” mogą być niespodzianką dla czytelnika. Wieloznaczne, jednocześnie poprawne i logiczne. Tak jest w „Specjalnej ochronie”, gdzie miano opiekować się pacjentem najwyższej troski. Kim tak naprawdę jest? Czy on to naprawdę on? Opowieść jest napisana w stylu Kinga, co jest zaletą opowiadania Felickiej, i nie umniejsza wartości pisarskiej amerykańskiego pisarza. W „Celowym oddzieleniu” główny bohater zmienia miejsce pobytu. Nie ma w tym nic dziwnego. Człowiek jest takim bytem który z natury ma przypisane peregrynacje. Lecz w tekście chodzi o stan rzeczy nigdy już się nie powtórzy, a tytułowe oddzielenie będzie brzemienne w skutkach. Wszystko tłumaczy pointa, zatem zamilknę w tym miejscu, aby nie przeszkadzać w czytaniu. Następne opowiadanie, „Spotkanie” tłumaczy sens definicji „Wieloświatów”. Wiadomo nie od dziś że każdy człowiek ma sobowtóra. Lecz może go nigdy nie spotkać. Masz swoje życie, sobowtór swoje. Tylko od czasu do czasu wyczuwasz jego obecność. Tak jak bohaterka filmu Krzysztofa Kieślowskiego „Podwójne życie Weroniki”. Lecz jest to opowiadanie s – f, nie traktat filozoficzny. Rozwiązanie akcji u Felickiej ponownie zaskoczyło, ja bym się skusił o powiedzenie że jest doskonalsze. A może: z innych klocków ułożone. Pani Małgorzata Felicka potrafi opowiadać. Dowodem niech będzie opowiadanie „Wyspa”. Wuj dziennikarza opowiada młodemu człowiekowi o wyprawie ekspedycji na nieznaną wyspę. Ma nadzieję na publikację relacji z tej podróży w czasopiśmie siostrzeńca. Na wyspie podróżni odkrywają homoidalne stworzenia, które jednak mają indywidualne cechy, u ludzi nie spotykane. Felicka zaczerpnęła pomysł z klasyki literatury. Od razu widać wpływ Wellsa i jego „Wehikułu czasu”. Być może i duch Stanisława Lema unosi się nad opowiadaniem Felickiej. Jednak od siebie też dodaje wiele. Atmosferę. Sposób narracji. Przedstawienie bohaterów. W następnym opowiadaniu, „Czy to pamiętasz” Autorka porusza temat starzenia ciała i umysłu. Na Ziemi nastąpił wybuch. Ludzkość jednak odrodziła się. Lecz nie zachowała cech przed wybuchu. Można powiedzieć że je zmodyfikowała. Jest możliwa rozmowa z człowiekiem który umiera bądz już umarł. Ciekawy eksperyment Felickiej, przy czym zaczerpnięty z Dicka, zmodyfikowany i bez dyskursu filozoficznego. Tytuł „Częściowe zachmurzenie”, ostatniego opowiadania w tomiku, jest przewrotny. Nie chodzi o przepowiadanie prognozy, bynajmniej. Nad Ziemią pojawiła się chmura. Chmura jako zespół danych, które łatwo zmodyfikować. Chmura, z którą współpracujemy używając internetu, ale tak nie do końca. Nie do końca współpracujemy. Takie zjawisko widzimy w „Solaris” Lema. Szybko przeczytałem opowiadania Małgorzaty Felickiej zawarte w tomie „Wieloświaty”. A to jest dobry znak, sygnał że trzymam w ręku rzecz wartościową. Z pewnością Autorka pozwala sobie na wyjmowanie z tradycji literatury tropów, wskazówek. Widać od razu wpływ Philip K. Dick, Stanisława Lema. A duch Isaaca Asimova z pewnością ulata nad każdym słowem Felickiej. Jednak Autorka nie powiela jeden do jednego wszystkiego co napotka w literaturze. Urozmaica owe sygnały swoimi przemyśleniami, swoimi uwarunkowaniami. Tak jak Conan Doyle wzorując się na Edgarze Allanie Poe ( „Zabójstwo przy Rue Morgue”), stworzył postać Shelocka Holmesa. Pod względem merytorycznym to doskonała zabawa z nauką, na całe szczęście tylko na papierze. Jestem pewien że większość rozwiązań proponowanych przez Falicką nie spodobała by się, gdyby te rozstrzygnięcia stały się ciałem. Prawa fizyki zostałyby naruszone. Ludzie to jednak takie stworzenia, które nie lubią zbyt gwałtownych zmian. Lepiej te przeobrażenia zostawić na papierze. Tym bardziej że „Wieloświaty” czyta się naprawdę szybko. Łatwo i przyjemnie. To zasługa przede wszystkim materii słów które stosuje Małgorzata Felicka. Pisarka z pewnością współtworzyła opowiadania z językiem polskim. Brak akantów z obcych języków. Nie zauważyłem również kalek, wyrażeń które są obce naszemu językowi, a wpychają się oknami i drzwiami. Wypadałoby podziękować Małgorzacie Felickiej za ciekawe spędzenie czasu z jej twórczością. Długo nie zapomnę o „Wieloświatach”, światach które może i trudne są do zaakceptowania, ale są bliżej niż nam się zdaje. Jeszcze raz dziękuję. 

poniedziałek, 13 stycznia 2025

 Kalina Błażejewska, Bezduszni, seria Reportaż, Czarne, 2023




Znam II Wojnę Światową ( jako zjawisko) tylko z opowieści rodziców i babć. Także z filmów, głównie radzieckich i polskich. Czasami śni mi się. Strzelanina albo bombardowanie.

Jednak po przeczytaniu „Bezdusznych” Kaliny Błażejowskiej muszę powiedzieć że wszystko to co się dowiedziałem do tej pory o Wojnie 1939 – 1945, jest mikrym zaledwie zalążkiem wiedzy.

Kalina Błażejowska odkrywa historie dotąd zapomniane, mało znane, o których nie mówiono na lekcjach historii. Bo jakoś nie wypada, wstyd, a temat nawet stabuizowany jest. Tak powiedziała archiwistka Autorce, gdy ta zaczynała pracę nad „Bezdusznymi”.

Dlaczego nałożono pieczęć milczenia? Kalina Błażejowska opowiada o polskich ofiarach nazistowskiego programu „eutanazji”. Inaczej: jest to świadectwo, jedyne jak dotąd, okrutnego traktowania ludzi ułomnych. Na przykładzie trzech miejsc – dziecięcej kliniki psychiatrycznej w Lublińcu, szpitala psychiatrycznego w Gostyninie i domu opieki w Śremie – Kalina Błażejowska opisuje wszystkie grupy ofiar. Niepełnosprawne dzieci, chorych psychicznie dorosłych i niesamodzielnych najstarszych.

Chciano, aby naród niemiecki i narody poddane, składały się z jednostek zdrowych, wysportowanych, nieskazitelnych. To oczywiście jest niemożliwe. W każdym narodzie znajdziemy osoby ( jakże milsze słowo od „jednostka”) które potrzebują pomocy. Myślę, ba – jestem pewien, że bezpośredni oprawcy mieli w swych rodzinach dziadków. I ci zapewne pod koniec życia nie byli już tak sprawni gdy mieli po dwadzieścia lat. Czyżby mordowano członków własnych rodzin.

Takie traktowanie ludzi wymagało nadludzkich sił. Oczywiście w negatywnym tego słowa znaczeniu. Co trzeba mieć w głowie, aby myśleć że człowiek może stać się równy Bogu? Fryderyk Nitchzsche zapisał to, co Adolf Hitler chciał wcielić w życiu. Nigdy nie uda się taka „sztuczka”. Kto tak myśli, sam wkłada na swoją szyję sznur. Nitchzche dawno umarł, a człowiek ( każdy!) jest tak samo słaby jak za czasów Prometeusza.

Kalina Błażejowska nie ocenia, jak ja w poprzednim akapicie. Podaje tylko suche fakty, a jeśli komentarze – to tylko uczestników ( którzy cudem przeżyli), i pewnie w całości, bez cięć co by oznaczało cenzurę. Wiadomo nie od dziś że łatwo zniekształcić wypowiedz przez tak zwane skróty.

Nie, Kalina Błażejowska nie idzie na skróty. Pokazuje całość wydarzenia. Tą całość którą udało jej się ustalić. Nie jest wykluczone że gdyby materiału dowodowego było więcej, obraz zbrodni byłby pełniejszy. Ale cóż, świadkowie umarli. Archiwa też zapewne milczą w niejednej sprawie. Jak czytamy w “Bezdusznych”, bardzo wielu oprawców uniknęło kary, by po wojnie dalej piąć się po szczeblach kariery i dożyć późnej starości.

Być może zostały spalone, aby nikt się nie dowiedział. Być może nie zostały potraktowane przez polskich archiwistów należycie. Powtórzmy: archiwistka przestrzegała, nie będzie łatwo.

Pomimo tych przeszkód Kalinie Błażejowskiej udało się stworzyć spójny przekaz. Taki przekaz, który wstrząsa i oskarża. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy pracujesz systematycznie, i gdy odkładasz inne zajęcia na bok. Myślę że właśnie tak uczyniła Kalina Błażejowska. Inaczej nie da się. Temat jest zbyt wymagający.


Temat jest również wymagający dla czytelnika. Czytałem „Bezdusznych” o siódmej rano. I to był błąd. O siódmej rano, na początku stycznia jest jednak szaro, ponuro. Klimat dla ponurych myśli. Że człowiek człowiekowi, że trzeba kilku pokoleń, aby wybaczyć, chociaż nie zapomnieć. Że mogą przyjść i załomotać w drzwi ...


piątek, 3 stycznia 2025

 Jaroslav Rudis, "Boże Narodzenie w Pradze", tłumacz Małgorzata Gralińska, Książkowe Klimaty, 2024


Boże Narodzenie to czas magiczny. W tym zdaniu, w tym stwierdzeniu nie ma nic odkrywczego. To, że podróż trzeba zacząć na dworcu kolejowym, również mieści się w kanonie ludzkich przekonań, przyzwyczajeń. A właśnie te dwie tezy postawił na samym początku swej opowieści „ Boże Narodzenie w Pradze” Jaroslav Rudis. Nie jest to żaden błąd. Autor wykorzystał po prostu znane od lat ( wieków?) schematy myślowe. Takim schematem myślowym jest również podróż.
Tym razem wędrujemy po zaśnieżonej czeskiej Pradze, zgodnie z tytułem w Wigilię Bożego Narodzenia. Naszym przewodnikiem jest sam Autor. Inspirując się Bohumilem Hrabalem, odwiedza gospody o zaskakujących nazwach. Spotyka w nich dziwne osobliwości. Chłopca zwanego Kavką, który jest mylony z Frantiskiem Kafką. Króla Pragi i Włoszkę z Mediolanu. Każdy z nich snuje opowieść. O karpiach w słoikach po ogórkach, o rybach, których oczyma spoglądają zmarli mieszkańcy miasta. A także o Dzieciątku, które co roku zachodzi do tej samej knajpy, a potem odjeżdża turkoczącym tramwajem. Przy okazji wędrujemy po Pradze, zawierając jeszcze bardziej osobliwe znajomości.
Proszę zauważyć że ani narrator, tym bardziej bohater, nikt nie wspomina o stole, dwunastu potrawach. Nie ma Mikołaja, ani choinki. Zamiast tego opowieść kusi delikatnym surrealizmem, poetyckością i magią ukrytą w codzienności. Codzienności świąt, ma się rozumieć.
Według filozofii Rudisa Boże Narodzenie tak naprawdę dzieje się codziennie. I jest to, proszę zauważyć, zgodne z nauką Kościoła. Pan Jezus rodzi się każdego dnia, w sercach tysięcy wierzących ludzi. Tak, tylko że ten Jezus Rudisa jest jakiś inny, niż ten znany z Ewangelii. Bardziej namacalny. Bardziej pewny. Wsiada przecież do tramwaju, i ma twarz każdego z nas. Ten z Ewangelii, tak naucza Pismo, także może być bliski ludziom, ale jest jednocześnie, poprzez czas i przestrzeń, daleki.
Rudiš unika patosu i sentymentalizmu, które tak często towarzyszą świątecznym opowieściom. „Boże Narodzenie w Pradze” jest jak kufel piwa w zimny wieczór – proste, ale głęboko satysfakcjonujące. To książka, która wywołuje ciepło, lecz nie przez cukrową idealizację, a przez szczerość. Wigilia w tej opowieści nie jest pełna rodzinnego gwaru i prezentów, lecz ciszy, refleksji i przypadkowych spotkań. Mimo to, paradoksalnie, daje więcej świątecznego ducha niż wiele klasycznych opowieści.
Styl Rudiša pozostaje prosty. Autor zgrabnie balansuje między rzeczywistością a magią – opisując codzienne momenty, które nagle stają się nośnikami głębszych znaczeń. To tylko blisko sto stron, lecz gęsto od tych dwuznaczności. Wchodzimy do jaskiń, domyślamy się drugiego dna w walizce, wypływamy na wody połączonych kanalikami ze sobą jezior.
„Boże Narodzenie w Pradze” Jaroslava Rudisa to bardzo dobra pozycja na okres koło Bożego Narodzenia, tym bardziej że w tym czasie w niektórych częściach świata pada śnieg. A on jest ważny dla opowieści czeskiego pisarza. To nieomalże kolejny bohater. Bohater pozytywny, dbający o atmosferę wokół Czytelnika.
Fabule towarzyszą ilustracje Jaromíra 99, które dopełniają literacką podróż. Są one minimalistyczne, utrzymane w stonowanej palecie i oddają klimat praskiej zimy – światła w oknach, pustych ulic i cieni przeszłości. To nie tylko ozdoba książki, ale integralna część narracji, która pozwala czytelnikowi jeszcze mocniej zanurzyć się w atmosferze opowieści.
Jaroslav Rudis sprowokował mnie do przemyśleń. A może najbliższe Boże Narodzenie spędzić w podobny sposób jak bohater „Bożego Narodzenia w Pradze’, i po jakimś czasie napisać „Boże Narodzenie w Warszawie”?
Ocena 6/6

Ewa Szumowska , "Jaspijska Wola", Księgarnia Akademicka, Kraków, 2014 Nie tak dawno przedstawiałem, przy okazji wydania „Listy życ...