środa, 25 grudnia 2024


Andrzej Pytlak, A to Polska właśnie, WFW, 2023



To tak naprawdę nie jest tomik wierszy, chociaż dokładnie wiersze znajdziemy w „A to Polska właśnie” Andrzeja Pytlaka. Tytuł zaczerpnięty z Wyspiańskiego, kieruje czytelnika w stronę tematu, którym zajmuje się Poeta. Jak wiadomo słowa ujawnione jako nazwa, miano książeczki, wypowiada Poeta w rozmowie z Panną Młodą. Pokazuje przy tym na serce, dając do zrozumienia, że właśnie tam trzeba szukać ogniska zapalnego któremu na imię miłość do ojczyzny. Andrzej Pytlak zatem, cytując już w tytule Wielkiego Polaka, akcentuje temat zbiorku liryk. I choć, powtórzmy, formalnie jest to zbiór wierszy, jednak możemy bez żadnych ograniczeń nazwać kroniką dziejów Polski. To że napisana została poprzez użycie wierszy, to już inny problem.
W wierszach podanych przez Andrzeja Pytlaka widać miłość do ojczyzny. Nie pamiętam już czy w recenzji „Simulacrum” tegoż Autora zapisałem tę myśl. Lecz i tu, i tu, w obu tomikach poezji wyczuwa się się gorącą nutę patriotyzmu. I co jest oczywiste, Poeta zna historię Polski. Bez tej wiedzy trudno zasiąść nad wierszami które opowiadają właśnie dzieje Kraju Nad Wisłą.
Zaczyna Pytlak opowieść o Polsce od mrocznych dni Stanu Wojennego. Dwa następne rozdziały mają identyczny tytuł. Wolna Polska. Przy czym ów slogan w tytule drugiej części jest ograniczony cudzysłowem, a tytuł części trzeciej – już nie. To może oznaczać tylko jedno. Jest to sugestia politycznych przekonań Autora. Ta Polska z lat 1989 do 2015 roku, gdy Andrzej Duda został wybrany na prezydenta RP, nie była tak do końca suwerenna. Oczywiście, jest to opinia Pytlaka, do której ma święte prawo.
Niestety, politykowanie w tomiku wierszy, czy jak to nazwać, nie jest zbyt dobre dla … poezji, a i dla polityki również. Te wiersze w których widać zaangażowanie polityczne, czyta się albo z wielkim entuzjazmem, albo z goryczą na ustach. I nie chodzi o politykę. Można zapomnieć o sednie sprawy. O tym, że trzymamy w ręku, bądz co bądz, tomik poezji, a nie ulotkę wyborczą. I co mamy oceniać? Wiersz? Czy to że Andrzej Pytlak jest zwolennikiem PiS i Andrzeja Dudy?
Wolę, już wspomniany w tym artykule, tomik „Simulacrum”. W nim widać bardziej zaangażowanie poetyckie niż polityczne. Miłość do ojczyzny można zapisać w słowach na wiele sposobów. Moim zdaniem w „A to Polska właśnie” Poeta poszedł o jeden most za daleko, w dodatku most ten burząc. Antagoniści PiS nie będą kupować kolejnych tomików Pana Pytlaka, bojąc się że Poeta podsunie im do czytania kolejne propagandówki.
I aby było jasne. Gdyby w „A to Polska właśnie” znalazły się wiersze ku czci innej opcji politycznej, również nie miałbym oporów, aby napisać kilka słów krytyki. Powtórzę.
W tomiku wierszy powinny znaleźć się wiersze, nie proklamacje polityczne. A to co proponuje Andrzej Pytlak, nie można jednoznacznie ocenić.
Przy klatce jednego z budynków na moim osiedlu, od czasu do czasu, pojawiają się tabliczki ( wbite w ziemię) na których ktoś napisał wiersze. Przyjrzawszy się dokładnie zobaczymy że autor tych utworów jest zaangażowany politycznie, podobnie jak Andrzej Pytlak. No, fajnie, zapytacie, i co z tego?
Otóż osiedlowy, anonimowy poeta – polityk, „publikuje” na tekturkach, i wystawia je na widok publiczny przy klatce schodowej. Czyli odbiór jest minimalny. Sąsiedzki, że tak powiem. A za to Andrzej Pytlak wydał swoje wiersze w wersji książkowej. Czyli liczy na szerszą recepcję niż poeta z mojej opowieści. Tylko czy mu się uda?
Ocena 4/6

czwartek, 19 grudnia 2024

 



           Andrzej Pytlak, Simulacrum, WFW, 2024




Andrzej Pytlak proponuje czytanie „Simulacrum”. To świat reprodukcji, a nawet imitacji. Termin stworzony w Wielkiej Brytanii i używany do opisania obrazu, posągu. Są dwa sposoby przedstawienia Simulacrum. Wierna i zniekształcona. Wierna to oczywiste odwzorowanie oryginału. Wersja zniekształcona może być poddana próbie widzenia poprzez na przykład powiększenie. Jesteśmy w muzeum. Postawmy jedną rzeźbę na podłodze, drugą na podwyższeniu. Ta druga powinna być dwa razy większa od pierwszej. Ten zabieg ma pokazać odwiedzającym muzeum że pomimo deformacji, rzeźba wydaje się być takich samych rozmiarów jak ta pierwsza. Z tego co rozumiem Andrzej Pytlak właśnie tak dostrzega świat. Jako deformację tego co jest.

W tomiku „Simularcum” ta deformacja, może jednak symulacja, odbywa się w sferze muzyki. Poeta stworzył podrozdział zatytułowany „Melorecytacje”. Pytlak przekłada na język poezji świat muzyki. Tytuły poszczególnych wierszy są zarazem tytułami utworów muzycznych, które wziął na warsztat poeta. Są to znane, bardzo znane utwory. Króluje Chopin, ale nie brakuje Schuberta, Liszta. Dvoraka i Mozarta również witamy w gronie znakomitości, z którymi chce zaprzyjaźnić się Andrzej Pytlak.

Jest to poetycka interpretacja, z pewnością subiektywna i daleka od rzeczywistości zaproponowaną przez kompozytorów. Ale ten fakt nie umniejsza wartości wierszy Pytlaka. Ten fakt pokazuje że muzyka stworzona kilkaset lat przed urodzeniem poety, może nadal inspirować i pogłębiać wiedzę o muzyce.

W „Simulacrum” widzimy również podrozdział „Wiolinowy Łańcut”. Jest to podróż sentymentalna po Zamku Lubomirskich i Potockich i jego ogrodach. Poeta to taki szperacz rzeczywistości, który zauważa te rzeczy których nikt inny nie zauważa. Może inaczej. Poeta patrzy na rzeczy które dostrzega „zwykły zjadacz chleba”, lecz w zupełnie inny sposób. Takich przykładów w „Wiolinowym Łańcucie” jest tyle, ile wierszy zawiera ten cykl. I coś jeszcze. Bardzo ważną rolę w tych utworach odgrywa muzyka. Jest jakby ona tłem do opowieści, miejscami nawet równorzędnym partnerem. Lecz nie tylko instrumenty muzyczne grają w Łańcucie. Drzewa, całe parki są pełne instrumentarium. Nawet altana ma coś z muzyki.

Jakby osobnym działem ( a przecież wszystkie podrozdziały można potraktować jako osobne) są trzy wiersze których podmiotem lirycznym bywają kobiety. Nader ciekawy jest tytuł, „Szlagiery”. Jest to oczywista aluzja do gędźby, którą tak sprawnie uprawia Andrzej Pytlak w „Simulacrum”. Wierszem tłumaczy muzykę, muzyką tłumaczy wiersz. Może dziwić szczupłość działu, lecz wartość merytoryczną mierzymy w innych kategoriach niż ilość. Myślę że kobiety wymienione w powyższych wierszach są ważne dla Autora. Jedną z tych kobiet jest matka. To oczywista oczywistość. Drugą – dziewczyna z różą we włosach. Dla Autora jest to ważne że jest Polką. Polki są najładniejsze. Taki portret zbiorowy Andrzej Pytlak dał w wierszu trzecim, „Warszawianki”. Wyraz warszawianki ma podwójne znaczenie, oznacza bowiem i mieszkanki Miasta, ale także jest popularną nazwą kwiatu. Poeta wykorzystuje ten, prosty, to fakt, zabieg językowy, ale z jakim poczuciem wartości słowa. Widać w tym wierszu szacunek, i – nie bójmy się tego słowa, umiłowanie polskich kobiet.


Andrzej Pytlak posługuje się oksymoronami, przechodzi z konwencji w konwencję, ma całkiem dobrze opanowany warsztat. Wszystko po to, aby spełnić, zadowolić czytelnika. To jest naprawdę ciekawa propozycja, ten tomik wierszy zatytułowany „Simulacrum”. Zapewne w wierszach Andrzeja Pytlaka można odnaleźć miłość do Ojczyzny, ideę fix Poety. Kończy się tomik zawołaniem „Sursum corda”, modlitwą o Polskę. Poprzedza modlitwę coś co można nazwać dziennikiem życia Andrzeja Pytlaka. Kilka słów o cnotach. Siedem tych słów. W liczbie doskonałej. W muzyce poezji.


0cena 6/6

sobota, 14 grudnia 2024

 #LeszekLibera

#Libera
#BuksMolenda
#Śląsk
#opowieśćwopowieści


Leszek Libera, "Buks Molenda", Wydawnictwo Od do, Łódź, 2019



Zainteresował mnie tytuł. „Buks Molenda” brzmi znajomo, intrygująco. Zwłaszcza pierwszy człon tegoż tytułu. „Buks” to być może w zapisie transkrypcji - „książki”. Tak pomyślałem patrząc pierwszy raz na okładkę. „Molenda” jest zapewne nazwiskiem, niewątpliwie polskim. W jednej ze stacji telewizyjnej pracuje dziennikarz o tym nazwisku. I z całą pewnością jest Polakiem.
To jak czytać całość tytułu powieści Leszka Libery? Jako co? Zapowiedz erudycji polskiego pisarza? Jeśli tak, to bardzo mi miło.
Z nieukrywaną ciekawością zacząłem czytać. Po stu stronach lektury musiałem przyznać z bardzo dużym uśmiechem. Erudyta, nie ma co! Autor powieści, nie ja. Powieść dzieje się na wielu płaszczyznach, każdy nieomalże wątek to osobna opowieść. Dzieje się to wszystko na Śląsku, głównym bohaterem jest znany z legend i podań utopek, ale nie można podać czasu akcji „Buksa Molendy”. Bohaterowie opowieści są jakby zawieszeni w czasie, od czasu do czasu nurzają się w średniowieczu, aby po chwili znaleźć się w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Nie dość na tym. Utopek wymyśla wątki, które Autor powieści wtrąca doń. To taka zabawa w pisanie. Libera działa za dwóch. W pewnym momencie oddaje pierwszeństwo Buksowi.
Przez to że jest dwóch narratorów, opowiadaczy „Buks Molenda” nie jest idealnie poukładaną opowieścią. Na jednej stronie powieści przeżywamy kilka historii. Z tego powodu trudno opowiedzieć „Buks Molenda”. Historie głównego bohatera dotyczą przede wszystkim Śląska, ale nie tego znanego z lekcji geopolityki. Ten Śląsk to układanka emocji, półprawd – półlegend, mitów, podań. Czasami ten czy ów wątek jest niedokańczany, Buks zapomina o nim, jednak po kilkunastu stronach temat wypływa w dość nieoczekiwanym miejscu. Jest to oczywista zabawa formą, a przy okazji treścią. Swoją drogą pomyślałem że sama treść nie jest aż ważna w powieści Leszka Libery.
Zostaje po lekturze wrażenie, że dobrze spędziliśmy czas. Być może, tak jak wątki powieści, w nieoczekiwanych chwilach naszego życia, pojawią się cytaty z powieści. I chyba o to chodziło Leszkowi Liberze. Erudycja człowieka właśnie na tym polega. Aby umieć się odnależć w każdej sytuacji życiowej. Odpowiednim cytatem spointować rozmowę. Często nie pamiętając skąd to czy owo zdanie znamy. Buks Molenda nam nie pomoże. Również pogubił większość nici wątków. Taki z niego spontaniczny opowiadacz.

Język Buksa Molenda ( już sam nie wiem czy używać cudzysłów czy uwolnić głównego bohatera od tytułu powieści?) to mieszanka gwary śląskiej, mowy rycerskiej bardów i współczesnego nam słownictwa. Autor powieści jest polonistą, działał na Uniwersytecie Zielonogórskim i taka kompozycja językowa nie jest z pewnością obca Leszkowi Libery. W tym miejscu trzeba wreszcie powiedzieć że Libera napisał powieść w języku niemieckim. Powieść jest jakby przeznaczona dla Niemców. Przede wszystkim dla nich. Oczywiście Polacy również powinni przeczytać „Buksa …” Jest pewna, bardzo intrygująca różnica w pojmowaniu śląskości między naszymi narodami. I tę różnicę w sposób adekwatny do humoru i wiedzy ( w tej kolejności) opowiedział Libera. Szorstko i momentami ironicznie, nie bawiąc się w sentymenty, a cóż powiedzieć o resentymentach.

Być może jest to głos złośliwych krytyków, których spotkał na swojej drodze pisarskiej, ale może po prostu chciał wskazać, jak bardzo ważne jest samo opowiadanie historii, która wcale nie musi być idealnie poukładana.


Książkę otrzymałem od Sztukater.pl

poniedziałek, 9 grudnia 2024

#AgataZamorska
#Pustać
#kryminał
#sensacja
#thiller



Agata Zamarska, Pustać, Wydawnictwo Fillia, seria Mroczna strona, Warszawa, 2024





Mam dystans do opisów na okładce książek. Każdy wydawca chce sprzedać jak największą ilość egzemplarzy danego tytułu. Dlatego też opisy i krótkie wrażenia z lektury nie odzwierciedlają stanu faktycznego. Mówiąc inaczej: to co czytasz czytelniku zanim jeszcze otworzysz książkę, może się okazać kłamstwem. Tak działa marketing. A książka też produkt. Jak jabłko czy talerz na którym leży owoc.
Tym razem jednak nie zostałem oszukany. „Pustać” Agaty Zamarskiej to naprawdę „niesamowita, niepokojąca [ książka, która] zostaje w głowie na długo”. Słowa te napisała Paulina Tarnawska, współtwórczyni Poznańskiego Festiwalu Kryminału GRANDA. Jak tu nie wierzyć komuś kto ma kompetencje do wyrażania opinii na temat powieści sensacyjnych?
Bo oto „Pustać” jest powieścią sensacyjną. Chociaż wątek sensacyjny przychodzi pod koniec powieści. Czytelnik może jednak się domyślać, wyczuwać, zgłębiać treść powieści już od pierwszych stron „Pustaci”. Pojawia się psycholog, z porad którego korzysta, jak się domyślamy, główna bohaterka. Z rozmowy tych dwojga wynika że coś istotnego się stało w życiu Ady. Coś istotnego i przykrego zarazem. Nikt komu dzieje się dobrze w życiu, nie dzwoni o pomoc do psychologa. Popatrzmy teraz na okładkę. Jest ona stworzona w ponurej tonacji nocy. Samotny, tak się zdaje, dom, w połowie zasłonięty przez drzewa. I tylko to światło w oknie dające nikły blask, i to niepokojące odbicie tego światła, ale w czym? Jaka woda jest blisko domu? Rzeka? Jezioro? Brakuje jeszcze cichego wycia psów, i piania kogutów. Na (nie)szczęście okładki książek nie są wyposażone w opcje wyzwalania dźwięku. A może na całe szczęście?
Na całe szczęście Czytelnik ( zanim otworzy książkę) ma wyobraźnie i potrafi sam z wyżej wymienionych komponentów wymalować obraz powieści. Wyobrażenie. To może najwyższy czas coś nie coś o niej opowiedzieć.
Ada, o której już wspomniałem, jest w związku z Kamilem. Wydaje się że jest spełnioną kobietą. Kocha, jest kochana. Ma również pasję – pisze powieści. Nic tylko sielanka.
Lecz następuje coś czego bohaterka powieści nie spodziewała się. Zwykły, zwyczajny wyjazd do rodzinnych stron chłopaka staje się początkiem wydarzeń, których nikt nie oczekiwał. Kamil przedstawia Adze swoich znajomych z lat szkolnych i … zaczyna się zabawa. W dosłownym znaczeniu tego słowa i jako przenośnia. Groteskowa, jak i niebezpieczna.
Znajomi Kamila okazali się mniej przyjaźni niż zapowiadał Kamil. Czytelnik powinien zwrócić uwagę na człowieka nazywanego Gruby i na okazałą piękność, Dorotę. Ci dwoje potrafią wiele popsuć. Oprócz powieści, rzecz jasna.

Powieść „Pustać” Agaty Zamarskiej czyta się szybko, bez przestojów. To nie pociąg osobowy który staje na każdej stacji i ma nań niesamowicie długą przerwę w jeździe (tak między nami mówiąc można się zastanawiać na co/na kogo czeka maszynista tego pociągu? Na rodzinę? ), a pasażerowie mogą w tym czasie wypić kolejną herbatę, pogawędzić, poczytać książkę (!).
„Pustać” można porównać przecież do TGV, franuskiego pociągu szybkiej prędkości. A jeśli prędkość akcji, to z pewnością w powieści znajdziemy zwroty akcji. I to nie dwa, nie trzy … Z pewnością pojęcie nudy będzie obce Czytelnikowi „Pustaci” Agaty Zamarskiej.
Plastyczny język, ciekawie opracowani bohaterowie, suspens – to atuty powieści. Można się przyczepić do tego że ów suspens Autorka zbyt długo ukrywała w cieniu wydarzeń. O mało co nie został pointą.
To jedyna ułomność którą zauważyłem czytając „Pustać” Agaty Zamarskiej. Jest to powieść świeża, nieskazitelna, bezbłędnie poprowadzona. Nic tylko czytać, czytać, czytać.


Książkę otrzymałem od Autorki 

niedziela, 1 grudnia 2024

 Brygida ( Brygitta) Helbig "Świnie i anioły w Berlinie", Wydawnictwo Forma, 2005




Ta niezbyt długa opowieść Brygidy Helbig o dość zastanawiającym tytule, ma bardzo duży ładunek emocjonalny. Przedstawia realny świat, świat emigracji, lecz widziany poprzez szkło powiększające i jednocześnie wykrzywiające krajobraz życia.

Główna bohaterka, Gisela Stopa, polityczna uciekinierka z PRL – owskiego grajdoła, systematycznie buduje nową przestrzeń w tytułowym Berlinie. Studiuje, wychodzi za mąż, adoptuje dziecko. Ale przede wszystkim, nade wszystko zaczyna tworzyć literaturę.

Nie jest łatwo. Niemcy niezbyt miło traktują Polaków. Nazywają ich „towarem”, a to jest jedno z łagodniejszych epitetów, którymi obdarzają moich rodaków. Innym określeniem jest „półprodukt”, mający świadczyć o nieprzystosowaniu Polaków do życia w bogatym, dobrze uprzemysłowionym, opiekuńczym państwie. Szczerze powiedziawszy nie chciałbym usłyszeć tych dwóch epitetów, wróciłbym do szarych bloków peerelowskiego osiedla. Szacunek przede wszystkim.

Gisela Stopa nie wyjeżdża z Berlina. Jest to paradoks emigracji. Z jednej strony trudno jest odnieść sukces obcokrajowcowi w kraju tak ambitnym i praktycznym jakim były i są Niemcy. Lecz z drugiej strony nie łatwo jest porzucić ów porządek i dynamikę, które oplatują bohaterkę dzień po dniu.

Czuła się jak bohaterka „Cudzoziemki” Marii Kuncewiczowej. Róża urodziła się w carskiej Rosji, lecz jako Polka. Rodowici Rosjanie wypominali jej to „nietaktowne” urodzenie. Gdy przyjechała do Polski, jej rodacy patrzyli na nią z ukosa. Niby nasza, ale zrusycyfikowana. Nie wiedziała co zrobić. Jak postąpić. Nikt nie wybiera miejsca urodzenia. Gizela Stopa z pewnością mogła podobnie pomyśleć. To nie moja wina że wybuchł stan wojenny w Polsce, i trzeba było emigrować. Inna rzecz jak traktują Ciebie w tym innym, lepszym podobno świecie. No, właśnie, czy lepszym? Jeżeli nazywają Ciebie „mięsem”, nie człowiekiem, to jaki to lepszy świat?

Miałem kłopoty z sklasyfikowaniem utworu „Anioły i świnie” Brygidy Helbig. Opowieść jest podzielona na kilkanaście krótkich rozdziałów. Każdy z nich jest zamkniętą całością, co oznacza że można je czytać bez znajomości pozostałych. Oczywiście układ kolejności którą proponuje Autorka nie jest przypadkowy, jednakże każdy wątek podaje inną twarz Giseli Stopy. Za każdym razem widzimy ją w innej barwie życia, w innym odniesieniu do rzeczywistości. Można zatem przyjąć że „Anioły i świnie” Brygidy Helbig jest jednak zbiorem opowiadań, chociaż ułożonych w formalnym porządku. Tak jakbyśmy czytali scenariusz serialu. Za tym żeby potraktować opowieść Brygidy Helbig jako scenariusz, przemawia jeszcze jedna rzecz. Otóż zapis dialogów jest tożsamy z tym co spotykamy w konspektach serialu lub programu telewizyjnego.

Jest tylko jedno „ale”. Zapytajmy czy czytając następny odcinek, możemy zapomnieć treść poprzednich. Odpowiedz zostawiam Czytelnikom, tak naprawdę wyjaśnienie problemu jest w powyższych zdaniach.

Świat pełen paradoksów. Można i zadumać się, westchnąć, ale także i zaśmiać się. Taki nasz układ nerwowy. Czasem płaczemy ze śmiechu, a czasami śmiejemy się pomimo rozpaczy. Nie ma nic zdrożnego w tym wszystkim.

Ostatnia scena ostatniego wycinka daje odpowiedz na wszystkie pytania, które powinniśmy zadać w czasie czytania. Tych pytań jest wiele. Są to pytania ważkie i niepodlegające dyskusji. W każdym zakątku świata znajdziemy emigrantów politycznych. W każdym czasie.

Nie jest łatwo napisać tekst który poucza i rozwesela jednocześnie, i który, tak jakby z boku, zaczyna dyskusję nieomalże filozoficzną. Tematem ma być życie, gdy na stole dania ze świń, a wokół Ciebie latają anioły.


Ocena 6/6

Ewa Szumowska , "Jaspijska Wola", Księgarnia Akademicka, Kraków, 2014 Nie tak dawno przedstawiałem, przy okazji wydania „Listy życ...