czwartek, 8 maja 2025




Ewa Szumowska
, "Jaspijska Wola", Księgarnia Akademicka, Kraków, 2014

Nie tak dawno przedstawiałem, przy okazji wydania „Listy życzeń”, Ewę Szumowską jako poetkę. Tomik poezji, zgrabnie napisany, o dość zaskakującej tematyce, jest debiutem Ewy, ale debiutem poetyckim. Ewa zadebiutowała bowiem również jako prozatorka. I to jest ten właściwy debiutem Szumowskiej.
„Jaspijska Wola”, wydana w 2014 roku przez Księgarnię Akademicką w Krakowie, zdobyła już nagrodę; dokładnie – drugą nagrodę w konkursie imienia Macieja Słomczyńskiego. Rekomendacja jak najbardziej godna uwagi, zatem przyjrzyjmy się powieści Ewy.
Są to pasemka kilku opowieści połączonych pod jednym tytułem, w nieoczywisty sposób zaplecione. Zaplecione w sagi rodzinne, fragmenty życiorysów, epizody toczące się w codzienności tak zwyczajnej że aż niemożliwością jest ich opisanie zwykłym, potocznym językiem.
Lecz Ewa jest przecież „w połowie” poetką, i z pewnością poetyckie nutki nie raz, nie dwa pobrzmiewają w „Jaspiskiej Woli”. Jaspis, jest kamieniem wspierającym i wyciszającym. Wpływa na nasze kontakty z otoczeniem, ułatwia kontakty z ludźmi, łagodzi konflikty. Uzdrawia relacje międzyludzkie w rodzinie i w pracy. Pomaga zachować harmonię wewnętrzną, generuje pozytywną energię, witalność i dobre samopoczucie.
Bohaterowie, już w warstwie nazwisk i postaw życiowych związanych z nazwiskami, są raczej symbolami, postaciami – sygnałami. Tropami, które mówią więcej niż sami bohaterowie.
To opowieść wielowarstwowa, mająca kształt labiryntu, kilkanaście wejść i grot, w których warto się zatrzymać. Itymne zwierzenia, tajemnica uczuć, słowa zastygające między niebem a ziemią. Niby to co już było w innych opowieściach, lecz pióro Ewy sprawia że jest to świeże, nowe, jeszcze nie czytane.
Mozaika zdarzeń, którą pokazuje Autorka, układa się w sensowne wstążki życia. Dodatkowy sens „Jaspiskiej Woli” nadaje to że każda postać jest bardzo dobrze opisana. Ma swój, niepowtarzalny urok, wyraziste cechy.
I to co lubię najbardziej: opowieść Szumowskiej jest przygotowana w filozoficznym sosie, z psychologiczną głębią. W drobiazgach odnajdziemy sens życia, zmysłowość i piękno świata, ślady wieczności.

„Jaspijska Wola” to również opowieść o przemijaniu, o kręgu życiu, i właśnie dlatego powieść Ewy Szumowskiej jest utworem otwartym, bez wyraźnego zakończenia. A nad wszystkich czuwa kamień jaspin, symbol wszelkich przemian. 

niedziela, 20 kwietnia 2025

 Katarzyna Lewandowska, Krzesło i inne opowiadania, Moja Przestrzeń Kultury, 2024





#KatarzynaLewandowska
#Lewandowska
#Krzesłoiinneopowiadania

Katarzyny Lewandowskiej „Krzesło”, zbiór opowiadań – miniatur pełen jest portretów kreślonych delikatnym rysunkiem, aż z miłością do swoich bohaterów. Tak jakby Autorka chciała, aby Czytelnik uwierzył w ich istnienie. A może istnieją/istnieli? Nie tylko w wyobrazni Katarzyny? Czytając te fotografie z życia, miałem wrażenie że Pisarka w niektórych opowieściach rozlicza się ze swoją przeszłością. To co zapisane w „Krześle”, to było ( jest?) przeżyte przez Katarzynę i jej bliskich?
Inaczej mówiąc: Lewandowska nie ocenia przeszłości, tylko ją podaje czytelnikowi. Podaje na nieskazitelnie czystym, białym obrusie słów wyjętych wprost ze Słownika Języka Polskiego. Słowa składają się na krajobrazy pełne intymności i altruistycznych skojarzeń.
Może zastanawiać obecność w wielu opowiadaniach osób starszych i niedołężnych. Narracja i treść tych opowiadań pokazują że rzeczywiście Pisarka mogła mieć bezpośredni kontakt z pacjentami domu opieki. Widać na pierwszy rzut oka miłość do drugiego człowieka.
Są, to również oczywiste, opowiadania z młodymi ludzmi w roli głównej. Eteryczność, z jaką stworzyła Katarzyna, te postacie, onieśmiela. Są to niedokończone portrety, zanim się do niego przyzwyczaisz, za nim zaczniesz z nim rozmawiać – już musisz przejść do następnego. A może powinieneś, czytelniku, dopowiedzieć?
Można powiedzieć, że opowiadania, które proponuje Katarzyna Lewandowska nazwać przecież fotografiami. A tak jest ze zdjęciami, że gdy je oglądamy, przypominamy nie tylko chwilę w której zrobiono zdjęcie. Zaczynamy snuć opowieść wokół tej fotografii. Tworzymy własne bajdurzenia oprócz tej, zapisanej w literaturze/ w zdjęciu, opowiastki.

Sugestywne obrazy, w które czytelnik nieomalże wchodzi w interakcje. Przepraszam, nieomalże trzeba wykreślić. Interakcja dzieje się, po prostu i bez żadnego oporu. Czytelnik przeradza się w widza siedzącego na dużej sali kinowej i mającego możliwość „wejścia” w film. Staje się w ten sposób jedną z postaci opowiadania. Która to postać jest jednocześnie obserwatorem wydarzeń. Wydarzeń już zapisanych, a jednak do których można dopisać ciąg dalszy.

A ja czekam na ciąg dalszy twórczości Katarzyny Lewandowskiej. Debiut bardzo udany, bezkompromisowy. Bez użycia tanich chwytów, tak często spotykanych w utworach, tych którzy dopiero zaczynają. Z ciekawie potraktowanym językiem, widać że Pisarka ma już własny styl. Warto go poznać.

niedziela, 13 kwietnia 2025

 Jacek Słowiński, Spowiedź kanarka, WFW, 2024



„Spowiedź Kanarka” to książka, która zdecydowanie wymyka się schematom literackim. W pierwszym momencie można odnieść wrażenie że jest to wielowątkowa powieść. Książka składa się bowiem z dwunastu rozdziałów, a każdy z nich dodaje nowego bohatera i nowe wątki do przemyślenia. Tak, do przeczytania, ale także do przemyślenia.
„Spowiedź kanarka” oferuje czytelnikowi coś więcej niż tylko kolejną literacką opowieść. Jacek Słowiński stworzył dzieło, które wykracza poza standardowe granice gatunku i skłania do refleksji nad samym procesem czytania, odbioru i zrozumienia literatury. To nie tylko historia, składająca się z dwunastu opowieści. To zaproszenie do głębokiej introspekcji. Próba zrozumienia tego, co niewidoczne na co dzień, a jednocześnie stanowi fundament naszej egzystencji.
Książka składa się z dwunastu części. Każda jest osobnym rozdziałem i jednocześnie samodzielnym opowiadaniem.
Łączy je jedno, lecz najważniejsze. Głęboka refleksja nad życiem, wyborami życiowymi, i nader wszystko - emocjami, które kształtują nasze istnienie. Słowiński w sposób bardzo sugestywny i czasem brutalny pokazuje złożoność ludzkich dylematów. Bo tak naprawdę w codziennym życiu mogą być zepchnięte na dalszy plan. A przecież w rzeczywistości są podstawą naszych decyzji i wyborów. Autor zmusza nas do zatrzymania się na chwilę, do ponownego przemyślenia własnych priorytetów, relacji, a także tego, jak postrzegamy samych siebie. Są momenty w życiu każdego z nas, gdy powinniśmy zatrzymać się i zapytać się samych siebie, co my w danym miejscu i czasie robimy.
Stąd motywem przewodnim książki jest spowiedź. Lecz nie ta opisana w książeczce do nabożeństwa, lecz wyjęta wprost z serca człowieka. Ileż razy człowiek „odklepuje „ formułki zapisane w małych książeczkach, które możemy kupić w przykościelnej księgarni. Nie, to spowiedź na poziomie egzystencjalnym, w której bohaterowie zmagają się z pytaniami o sens, wartość życia, miłość, zaufanie i zdradę. Każda z tych kwestii jest przedstawiona w sposób subtelny, pełen niedopowiedzeń, które zmuszają do aktywnego zaangażowania się w proces lektury. I to raczej sercem, niż rozumem.
Delikatny i kruchy tytułowy kanarek jest też synonimem wolności, której wciąż, jako ludzie szukamy pod różnymi postaciami. Swoboda słów i działania to rzecz nieoczywista i często nawet nieosiągalna, ale wolność myśli, wynikających z naszej prawdziwej natury jest nie do okiełznania. Jakie są tego konsekwencje? W tej literackiej spowiedzi można znaleźć zarówno ich mroczne jak i jasne strony, bo przecież ludzie są stworzeniami tak bardzo różniącymi się od siebie i tak różnie reagującymi na to, co dzieje się w ich życiu.
”Spowiedź Kanarka” to także książka o odwadze – odwadze spojrzenia w głąb siebie, o zmierzeniu się z tym, co nieoczywiste i trudne. Słowiński stawia nas w roli uczestników spowiedzi, którzy nie tylko słuchają, ale także muszą stanąć twarzą w twarz z własnymi lękami, pragnieniami i rozczarowaniami. To dzieło, które wymaga od nas pewnej odwagi, by stanąć w prawdzie, nie tylko przed samym sobą, ale i wobec świata.

środa, 2 kwietnia 2025

 Witold Łukaszewski, "Na gitarze. Jak ograłem PRL", Katowice, Szara Godzina, 2025



Witek Łukaszewski opowiada o Polsce lat osiemdziesiątych. Witka poznaliśmy w tomie pod tytułem „Na rowerze”.
Chłopak z małego miasteczka oszołomiony karierą Ryszarda Szurkowskiego, chce zostać kolarzem. Ten pomysł na życie spalił na panewce. Myślę że na los młodego człowieka wpłynęło spotkanie z poetą i prozaikiem, Edwardem Stachurą, opisane pod koniec pierwszego tomu, „Na gitarze”.
Co się zdarzyło w życiu Witka między tym spotkaniem a wybuchem Stanu Wojennego, opisuje druga część, tom pod tytułem „Na gitarze”. Niestety, jak do tej pory, nie przeczytałem tego tytułu. Wydaje mi się jednak, że nieznajomość środkowego fragmentu trylogii „Jak ograłem PRL” nie wpłynęła na jakość czytania losów Łukaszewskiego.
Przypomnijmy: To jest świadectwo minionej epoki. Bez okłamywania Czytelnika, bez blagi, bez taniego oszukiwania. Nie wiem jaki cel miałby Witold Łukaszewski gdyby mijał się z prawdą opisując swoją młodość. Jeśli było brudno, jest o tym mowa. Jeśli nie miał czystej koszuli, pisze bez skrępowania. Tak napisałem o pierwszej części wspomnień Witka Łukaszewskiego. To samo mogę powiedzieć o trzecim tomie tego wydawnictwa.
Bohater opowieści, ukrywający się pod „pseudonimem” Franz Lipa, pokazuje czytelnikom, jak można było przeżyć w PRL – u. Wystarczy być cynikiem, wyrafinowanym i bezczelnym, od czasu do czasu chamskim. Wieczny student, aby wymigać się od służby wojskowej, tymczasem rozwija talent muzyczny, kocha kobiety i niektóre aspekty życia społecznego.
To może zastanawiać, ale szarość PRL – u w książce Witka Łukaszewskiego jest opisana poprzez humor, absurd i muzykę. A i również poprzez system działania: jak nie drzwiami, to oknem. Czyli poprzez kombinowanie.
Absurdalne są rozmowy z tak zwanymi przedstawicielami władzy. Te dialogi tłumaczą dlaczego warto, a nawet trzeba poznawać kulturę: czytać książki, chodzić na wystawy, znać najnowsze filmy. Franz Lipa nie raz, nie dwa wpędzał milicjantów i ZOMO-wców w kozi róg, tylko dlatego że ci ostatni nie znali klasyków muzyki poważnej.
Tych przykładów jest wiele, i naprawdę dają do myślenia. Niby śmiejemy się z indolencji ludzi, którzy mieli chronić obywateli, a tak naprawdę sami potrzebowali opieki. Jest w tym zachowaniu definicja systemu PRL. Ta nieoficjalna, obiegowa definicja, minimalistyczna w formie, ale jaka wymowna w treści. Niby śmiejemy się, powtórzę, a tak naprawdę to śmiech przez łzy.
Bo tak naprawdę nie było miło żyć w PRL. I to nie było życie tak naprawdę. Nazwać można to co się wydarzało – ślizganiem po powierzchni. Taniec pingwina na szkle, cytując tekst piosenki z tamtego okresu.
Łukaszewski potrafił. I raczej bawiło go to niż dręczyło. Takie odniosłem przynajmniej wrażenie. Nie wiem czy trafiłem w punkt, ale to tak wyglądało, jakby Łukaszewski wyżywał się na milicjantach i ormowcach. W życiu prywatnym nie wiodło się naszemu bohaterowi. Wielka miłość młodzieńca odchodzi od niego, życie na walizkach sprzyja zawieraniu przelotnych znajomości.
Nie brakowało też wódki i przyjęć na każdą okazję. Udany koncert, nieudany występ, zaliczka, kochanka, żona, codzienne spotkanie z kolegą. Tak, dobrze się domyślacie. Witek Łukaszewski zachorował na alkoholizm. Pod koniec opowieści co prawda mówi o abstynencji, lecz jest to choroba nieuleczalna.
Jest to opowieść dobrze, ciekawie napisana, bez, to prawda, zadęcia literackiego. Mam wrażenie że Łukaszewski używa tego samego języka w książce, co w codziennych rozmowach. Potocznego, bez zbędnych akantów. I dlatego tak łatwo jest czytać „Na scenie. Jak ograłem PRL”.
Ocena 5/6

sobota, 15 marca 2025

 Witold Łukaszewski "Na rowerze. Jak ograłem PRL", Katowice, Szara Godzina, 2024.



Wspomnienia Witolda Łukaszewskiego w formie powieści. Tak najkrótszej można opowiedzieć o tej książce. Ewidentnie Autor „Jak ograłem PRL. Na rowerze” jest równocześnie głównym bohaterem tychże wspomnień. To że główny bohater nazywa się inaczej niż Witold Łukaszewski, to już problem na osobny wątek. W tym miejscu wytłumaczę pokrótce Jest taka formuła dość często spotykana w biograficznych powieściach, mówiąca że imiona i nazwiska na potrzeby powieści zostały zmienione. A jeśli Autor zmienił dane osobowe bohaterów drugiego i trzeciego planu, to również mógł zmienić tożsamość głównego bohatera. W książce spotykamy Franka Lipę.
To jednak nie powinno przeszkadzać czytelnikom w rozpoznawaniu osób i, co nie mniej ważne, miejsc o których pisze Witold Łukaszewski. To człowiek znany i popularny. Autor piosenek Maryli Rodowicz do albumu „Ach świecie”.
Jednak w pierwszym tomie Witek alias Franek jest dopiero uczniem liceum. Poznaje świat i oprowadza po nim czytelnika. A to jest Polska zaściankowa lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku. Franek przeżywa przygody „Czterech pancernych i psa”, poznaje mocne uderzenia big-beatu. Ale przede wszystkim pasjonuje się kolarstwem. Jego idolem jest Ryszard Szurkowski. Planuje kupno roweru, a to dzięki niezle prosperującemu interesowi. Chłopiec nie chce żyć stylem, który narzuca małomiasteczkowość jego rodziców. Tym rowerem który kupi, gdy skończy osiemnaście lat, ma zamiar uciec na „zgniły” zachód.
To jest świadectwo minionej epoki. Bez okłamywania Czytelnika, bez blagi, bez taniego oszukiwania. Nie wiem jaki cel miałby Witold Łukaszewski gdyby mijał się z prawdą opisując swoją młodość. Jeśli było brudno, jest o tym mowa. Jeśli nie miał czystej koszuli, pisze bez skrępowania. Jest jednak jeden wyjątek. Już chciałem napisać – mały wyjątek, lecz omyliłbym się. To jednak jest zbyt duża sprawa aby ją ominąć.
Czytelnik może poznać poprzez świat Franka, świat innych Andrzejków, Stasiów i Jędrków. Bo tak naprawdę na cały obraz Polski ( i innych państw tudzież) składają się krajobrazy tysięcy gmin i miasteczek, jak żywo przypominających ten skrawek ziemi na którym mieszkał Franek, a tak naprawdę Witek. Nie jest wykluczone że ci rówieśnicy bohatera „Na rowerze” również podziwiali Szurkowskiego. I nie jest powiedziane że bohater omawianej pozycji mógł w całości utożsamić się z młodzieżą lat 60 – tych. Podobne zmartwienia i radości. Tożsame tło historyczne, podobni spotykani ludzie.
Świat na tyle obcy od tego który przeżywamy obecnie, że aż niewiarygodne że tematem wielu recenzji jest ... kiosk ruchu. Czy ktoś wie co to jest teczka z czasopismami? Albo domyślacie się gdzie pani kioskarka załatwiała najpotrzebniejsze sprawy? Takie oto sprawy zajmują sporo miejsca w opowieści Łukaszewskiego, bo tak naprawdę pokazują mentalność ludzi żyjących w małych miasteczkach na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku.
Równie ciekawym wątkiem dla opowieści Łukaszewskiego jest poznanie dwóch Niemców mieszkających w NRF. Zetknięcie dwóch światów: socjalistycznego i kapitalistycznego opowiedziany w prześmiewcy sposób, jest cymesem wśród innych wątków. Tu bym ośmielił się stwierdzić pewną acz ważną sprawę. Moim zdaniem Łukaszewski prowokuje rzeczywistość. O czym już pisałem w poprzednim akapicie.
Inaczej mówiąc – bohater opowieści jest nad wyraz dojrzały. Jego rozmowy z obcokrajowcami o tym mogą świadczyć. Bardzo dobrze czyta się te fragmenty książki. Właśnie. To wygląda na imaginację Autora. Być może Autor chciał aby spotkania z NRF-owcami tak wyglądały jak czytelnik czyta.
Podsumowując. Dla tych którzy pamiętają – wspomnienie. Dla tych którzy urodzili się za późno – dobra lekcja historii. Dla wszystkich – przednia zabawa.
Ocena 5/6

sobota, 1 marca 2025

 Miłka O. Malzahn "Fronasz", Szczecin, Bezrzecze, Wydawnictwo OFFicyna, 2024




Miłka O. Marlzahn wydała w serii „Kwadrat” powieść „Fronasz”. To już trzecia, w krótkim odstępie czasu, pozycja na moim blogu, wydana w tej serii. Po prostu styl w jakim są napisane opowieści a publikowane w rzeczonej serii, jest adekwatny do moich potrzeb.
Na skrzydełku książki czytamy o serii że wydawane pozycje są wymagające i czytelne jednocześnie. Nie ma nic wspólnego z tym rodzajem literatury, którą promują tanie reklamy. Nie tylko opowiada, ale także opowiada o literaturze. Przywołuje ją. W różnych aspektach. Wyraża jednostkowe ja, odsłania życzenia grup społecznych.
„Fronasz” Miłki O. Malzahn zaczyna się jak jeden z najlepszych filmów Hitchocka. Trzęsieniem ziemi. Owo trzęsienie ziemi w przypadku naszej powieści nazywa się przewóz ciał w trumnach dla potrzeb artystów. Artyści, różnego asortymentu, „zamówili” tuzin nieboszczyków.
Ale to jeszcze nie koniec. Wiele atrakcji czeka Czytelnika „Fronasza”, czy mówiłem o wielkim reżyserze angielskim? Z pewnością to on czuwał nad tworzeniem powieści Malzahn. Bo oto pojawia się tajemniczy Tancerz, przystojniak jakich mało. Może Czytelnik nie uwierzyć mi na słowo, lecz dopiero w tym właśnie momencie powieść zaczyna żyć swoim własnym życiem. Jest to moment przełomowy dla bohaterów „Fronasza”.
Miłka O. Malzahn tak zmieszała, tak wymieszała, tak powiązała supły wątków, że można emzdziwić się że pod koniec powieści nie nastąpiła jakowaś katastrofa, że wątki nie pobiły się o pierwszeństwo.
Tak, dużo dzieje się w „Fronaszu”, a poza tym mamy w ręku przypowieść o najważniejszych, ostatecznych zadaniach człowieka.
A tak szczerze mówiąc, co jest najważniejsze? Co jest ostatecznością? Na te pytania Malzahn nie odpowiada, obecność Sił Nadprzyrodzonych jest dyskretna. To nie jest opowieść o samym Bogu, tylko o Jego opiece nad człowiekiem, i tego konsekwencjach.
Mija „Fronasz” szybko, jak samochód w którym są przewożone ciała zmarłych ludzi tuż na początku powieści. Lecz przecież zostaje z nami na dłużej, a może na długo. W pierwszym akapicie pisałem niezwykłości, niepowtarzalności tej literatury. Nie nazwę stylu w jakim opowieść Molzahn została napisana. Lecz nie dlatego że nie jestem kompetentny, tylko że Autorka połączyła w jednym organizmie twórczym kilka stylów, gatunków, rodzajów literatury. Najbliżej, moim zdaniem, „Fronaszowi” do burleski, ale połączonej z dramatem. Coś jakby Sławomir Mrożek połączył siły twórcze z Williamem Szekspirem. Proszę sobie wyobrazić scenę w której artysta – rzeźbiarz dokonuje narzędziami do modelowania stworzenia trupa. Ta scena niech zostanie pierwszym kadrem filmu na podstawie powieści Miłki O. Malzahn.
Bardzo ciekawymi, uniwersalnymi słowami skomentowała próbę analizy powieści nieznanego pióra. Otóż według Miłki O. Malzahn każda interpretacja jest dozwolona.
Czytelnik nie może być pewnym, że to co czyta, czyta naprawdę. Dzieje się na kartach powieści. Tak naprawdę powinienem napisać o odbiorze lektury, nie samym czytaniu. Słowa zapisane na kartach „Fronasza” zamieniają się w krajobrazy, a te dopiero w skojarzenia, metafory, podwójne znaczenia. Po chwili takiej zadumy jesteśmy naprawdę daleko od gołych słów.
Język opowieści to patetyzm najszlachetniejszego rodzaju. Czasami ociera się o uliczny kolokwializm, czasami jest brudny, nawet chamski. Lecz w połączeniu ze słowami lirycznie nastawionymi do świata, dają ciekawe pole do przemyśleń o tkance językowej. Jest to strefa powieści bardziej wyciszona, bardziej poetycka. A to jest ważne, gdy opowiadamy o życiu, śmierci, obojętności.

niedziela, 16 lutego 2025

 


Krzysztof Maciejewski, Album, Seria City, Szczecin, Wydawnictwo Forma, 2013.


„Album” to zbiór opowiadań Krzysztofa Maciejewskiego, wydana z serii City wydawnictwa Forma. Opowiadań jest dwadzieścia cztery. Formalnie są to miniatury literackie, zajmujące co najwyżej dwie strony. Dwie, trzy sceny, prawie fotografia. Zanim przeleci ptak, zajdzie słońce, pstrykniesz człowieku, palcami - już przeczytałeś. Niepozorność, przystępność dla każdego.
Ale to tylko pozory. Krzysztof Maciejewski proponuje abyśmy weszli w świat fantastyki przesiąknięty grozą. Krajobrazy jakich nie znajdziemy w świecie nas otaczającym. Jednak nie jest powiedziane że takie mikroświaty nie są cennymi niuansami, oprawą naszej wyobrazni. Jest takie słowo, prześladujące mnie od wielu lat. Nie tylko dlatego że jest to nazwa czasopisma literackiego. „Akant”. Tłumaczy się to słowo jako „ozdoba”. I to słowo, a właściwie już pojęcie spotykamy w „Albumie” bardzo często, tak jakby Autor przez nie chciał zrekompensować Czytelnikom czytanie lektury grozy. To jakby tłem filmu w którym płynie krew po kamerze był szum potoku. Kontrast zapewniony. Podobna antynomia występuje w „Albumie”.

Wszystkie opowiadania z „Albumu” mają wspólną cechę. Na wstępie każdego opowiadania Autor pokazuje zwyczajny dzień zwyczajnego świata. Dopiero po tym jak czytelnik zadomowi się w tym świecie, Maciejewski rozszerza krąg zapatrzenia, pokazując że i w takim zwykłym krajobrazie wydarzeń, może wydarzyć się coś ponad nasze wyobrażenie. Jakowyś obcy świat, a jednak przenikający do naszego. Dający drastyczne momenty, taki a nie inny odbiór rzeczywistości. Poszedłbym dalej: Krzysztof Maciejewski dokonuje przeglądu systemu ludzkiej świadomości. Tak, Zygmunt Freud jest ojcem chrzestnym „Albumu” Krzysztofa Maciejewskiego. Stwarza to niesamowity nastrój, nastrój który spotykamy w powieści „Frankenstein” Mary Shelley.
Sam tytuł również ma podwójne znaczenie. Po pierwsze jest to zbiór połączonych ze sobą i oprawionych pustych kart (czasami zaopatrzonych w specjalne koszulki, narożniki itip.), mający formę książki, który służy do przechowywania fotografii, pocztówek, znaczków lub reprodukcji. W albumie, obok zdjęć, czasem znajdują się także ich opisy. I taką definicję można przyjąć dla książki Krzysztofa Maciejewskiego. Każde opowiadanie to taka fotografia, która pojawia się w naszych rękach, i znika, znika w albumie. Co zobaczymy, jak zinterpretujemy to co zobaczyliśmy, to już oddzielna historia. Historia którą możemy opowiedzieć już sami sobie. Autor daje czytelnikom wolne pole do popisu. Bardzo szerokie pole.
Jednak jest jeszcze jedno znaczenie tytułu – „Album”. Album jako przechowalnia gestów dnia, migów poranka, skłonów wieczorów, odruchów wiatru, skinień rzeczy. Z tych spraw, ledwo dostrzegalnych, życie nasze się składa. W literaturze nazywamy takie ruchy – tropami. Czytając „Album” trzeba pamiętać albo wręcz uświadomić to sobie, iż znajdziemy w tych opowieściach odniesienia do literatury, muzyki, religii, i wielu innych dziedzin kultury. Mamy zatem oprócz grozy, zabawę intelektualną. Takie potraktowanie opowiadań powoduje że są one kilkupiętrowe. Nie tylko pierwotny, instynktowny strach, ale również obudowa intelektualna tego strachu. Na każdym piętrze znajdziemy coś innego, odmiennego.
Wielość obrazów, które proponuje Krzysztof Maciejewski, jest dobitnym dowodem na to, że trzymamy w rękach znakomitą książkę, która może okazać się czymś w rodzaju przepowiedni Sybilii. Inaczej mówiąc: Autor ceniąc przeszłość i teraźniejszość, pozwala na myślenie o przyszłości. Więcej: przyszłość traktuje jako nieuniknione dobro/zło ( w zależności od okoliczności), pokazuje swoją wizję jutra. Jutra które za rogiem czyli bliżej niż nam się wydaje.

Język, który stosuje Krzysztof Maciejewski jest konkretny i jednocześnie wymagający. Konkretny, bo przekazuje konkretną opowieść. Wymagający, ponieważ opowieść jest zapisana na dużą orkiestrę symfoniczną. Zauważyłem poetyckie połączenia, akanty ubarwiające język przekazu. Jakieś dzwoneczki, jakoweś trójkąty. Chociaż to krótki koncert – stron sto dziesięć, to jednak jest to niezapomniana chwila w życiu czytelnika.
Książka nominowana przez niżej podpisanego do Książki Roku.

Ocena 6/6

Ewa Szumowska , "Jaspijska Wola", Księgarnia Akademicka, Kraków, 2014 Nie tak dawno przedstawiałem, przy okazji wydania „Listy życ...